poniedziałek, 9 listopada 2009

Wracając do blogowego świata...

Dawno mnie nie było i co tu dużo pisać zakurzyło mi się tu troszkę:-). Tak więc strzepując kurz powracam i już piszę co u nas słychać. Na szczęście żadna katastrofa życiowa, mała ani duża, nas nie spotkała i nasza trójca ma się dobrze. No może tylko Czarek zaczął dzisiaj pokasływać, więc jutro zamiast iść do przedszkola zostanie w domu, tak dla pewności żeby się nie rozchorował, a jak mu nie minie to nawet do końca tygodnia. Ale najpierw postaram się w skrócie napisać, co się działo u nas przez ostatnie 3 miesiące. Kto śledzi nasze dzieje, ten może pamięta, że od września wegerka wróciła do pracy w zawodzie, zaś mój pierworodny od września został przedszkolakiem. Jak się zatem domyślacie musieliśmy się z Czarem odnaleźć w nowych sytuacjach. Poza tym obydwoje wystartowaliśmy od 1 września, co nie jest najlepszym rozwiązaniem, lecz jedynym możliwym. O wiele lepiej by było, gdyby Czaro mógł dołączyć do grona przedszkolaków np. dopiero w połowie września. Jak wiadomo, w pierwszych dniach większość dzieci płacze i ciężko się "wchodzi" w taką grupę. My rodzice mówimy swoim pociechom, że przedszkole jest super, że będzie się dobrze bawić, a tu większość dzieci płacze, po prostu rewelacja. Ale napiszę jak to było z Cezarym i jego debiutem. 1 września Czaro z wielką radością poszedł z tatusiem do przedszkola, bo ja do pracy mam zwykle na rano,więc zaprowadzanie to domena tatusia, zaś odbieranie moja:-). Czaro pierwszego i drugiego dnia wszedł do grupy jak do siebie, tatusiowi pa pa i już był na drugim końcu sali bawiąc się w najlepsze. Mężyk trochę zszokowany widokiem płaczących dzieci i wychodził z budynku z mieszanymi uczuciami, czy aby postępuje słusznie. Potem było gorzej, ja mam dni, gdy kończę pracę wcześnie, ale za późno, żeby Czaro odebrać po obiedzie i już trzeciego dnia pierworodny musiał leżakować i być odbierany po podwieczorku. Przez kilka kolejnych dni był płacz rano w domu, że nie chce leżakować, ale gdy już wchodził do przedszkola było ok i nie płakał w przedszkolu. Tatuś ciężko to przeżywał, gdy go rano zawoził i przez pół dnia był potem w psychicznej rozsypce. Po tygodniu Czaro zyskał w swoim mniemamiu pewność, że "mama NA PEWNO po niego przyjdzie" , skończyły się poranne lamenty i od tego czasu mam radosnego przedszkolaka, który uwielbia swoje panie i z uśmiechem codziennie chodzi do przedszkola:-). Zawsze Czarkowi mówię, czy będzie danego dnia leżakował czy też nie. Obie wersje przyjmuje bez żadnych problemów:-). Czaruś przychodzi do przedszkola tuż przed śniadaniem i odbierany jest od razu po podwieczorku lub po obiedzie w zależności o której kończę pracę. Chyba, że mam na popołudnie, czyli 3 razy w ciągu dwóch tygodni, i wtedy po podwieczorku odbiera go dziadek, zaś ja mam okazję w tych dniach zawieźć go do przedszkola. Niestety samego przedszkola nie udało nam się zmienić i dowozimy Czarka samochodem, zaś dziadkowi zostawiam w przedszkolu wózek i wracają sobie piechotką jakieś 2km. Zimą z pewnością będzie ciekawie :-/
Jak Czaro sobie radzi w przedszkolu? No właśnie, gdy się go pytam, czy był grzeczny, zwykle odpowiada mi, że "byłem grzeczny, ale byłem też trochę niegrzeczny". Gdy pytam jego Panie, jak mam rozumieć takie stwierdzenia swojego syna, to zwykle słyszę, że Czaruś jest taki czarujący i tak je zawsze zagada i zaczaruje, że one mu wszystko wybaczają:-/. Że Czaro jest sprytny i wie jak zaczarować i co powiedzieć, by wyszło na jego to ja wiem, ale, że nie tylko ja się potrafię na to nabrać to dla mnie zawsze coś nowego:-). Raz zdarzyła się sytuacja, że Pani nauczycielka powiedziała, iż Czaro kopnął kolegę, co przekazał dziadek, gdyż on go tego dnia odbierał. Gdy zapytałam się Czarka czy kopnął kolegę, potwierdził, zaś gdy zapytałam dlaczego to zrobił, to odpowiedział, że "on mnie uderzył i ja go kopnąłem, bo on był niegrzeczny". Ręce opadają...
Jak przystało na debiutującego przedszkolaka Czaro musiał się w końcu rozchorować. I tak jest nieźle, bo swoje pierwsze nieobecności przedszkolne z powodu choroby odbył dopiero w drugiej połowie października:-). Przeziębienie z goraczką skończyło się na tygodniowym przyjmowaniu antybiotyku i kolejnym tygodniu w domu w celu nabrania odporności. Kończąc temat Czarusiewego przedszkola napiszę tylko, że Czaro 18 listopada ma mieć pasowanie na przedszkolaka. Nie chcę, żeby na ten dzień się rozchorował i pierwsze przedszkolne wystepy go ominęły, więc wolę, żeby ten nieduży kaszelek który ma teraz nie przerodził się w jakieś wielkie przeziębienie. Zresztą jak wiadomo los potrafi płatać różne figle, więc kto tam wie...
Jeśli chodzi o moją pracę to wrzesień był dla mnie trudnym miesiącem. Wiadomo - nowa praca to nowi ludzie i środowisko, różne nowe przepisy, które musiałam poznać - chociażby nowa podstawa programowa, w dodatku każda placówka rządzi się swoimi wewnętrznymi prawami, szkolenia, kursy, niektóre już za mną inne dopiero przede mną. Dzieci w grupie, które dopiero debiutują w przedszkolu (3latki) i z którymi nawzajem się poznajemy, ich rodzice, nieraz dziadkowie,pierwsze zebrania no i pasowanie na przedszkolaka już za nami...dużo tego. W dodatku miałam trzyletnią przerwę w zawodzie. Jak jest teraz? Ja jestem bardzo zadowolona, choć wiadomo zdażają się dni lepsze i gorsze. Na szczęście tych drugich było niewiele:-). Zresztą ostatnio jak wiadomo psychoza ptasiej grypy, więc ja się czuję, jakbym pracowała w przedszkolu prywatnym, bowiem już drugi tydzień mam nie więcej niż 1/3 całej grupy. Na dzisiaj to wszystko, to czego nie napisałam a po głowie chodzi napiszę innym razem. Chcę podziękować wszystkim blogowiczkom, które stale mnie odwiedzają i czekały tak dzielnie na nowy post. W szczególności Panistępelek, Nadia_Laurka, LightBblue&Karolcia, Justynce z Adriankeim (nadal nie mogę pozostawić u was komentarza :-/) oraz Uli z Michasiem. Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i obiecuję odwiedzić wszystkich w najbliższym czasie. Mam nadzieję, że już takich dłuuugich przerw w blogowaniu nie będzie:-). Buziole!

środa, 29 lipca 2009

Zamki na piasku...

Już nawet nie pamiętam kiedy ostatnio miałam okazję pobyć w sieci, chyba kilka tygodni temu... Wyjazdy do teściów, wypady nad jezioro Białe, pobyty na basenach, na działce. Wieczorami byłam zwykle tak zmęczona, że nawet nie myslałam o włączeniu komputera.
Od dwóch tygodni jesteśmy nad morzem. Tak pozostanie jeszcze przez kolejne dwa, aż do połowy sierpnia. Mężyk w pracy, ale jak tylko może to do nas przyjezdża. Robimy sobie wtedy wypady do trójmiasta... Najbardziej chyba lubię Gdynię, choć na dłużej zatrzymujemy się zwylke w Sopocie- tam najwięcej się dzieje - miasto z tych, co to w sezonie letnim nigdy nie zasypia. Muszę jednak przyznać, że dla mnie ma też swoje irytujące strony - to tutaj okreśnienia "lans" i "szpan" nabierają pełnego znaczenia, do tego dochodzi tłok. Ale taki jest widac "urok" tego miejsca.
Czarek jest przeszczęśliwy. Jemu to chyba zresztą wszędzie jest dobrze:-). Całe dnie spędza na dworze: skacze przez fale, bawi sie w piachu, na placu zabaw, biega po lesie, zbiera jagody i całymi garściami pcha do buzi, zajada gofry, chodzi na lody, ogląda teatrzyki, obserwuje jak rybacy wracają z połowów i wyładowuja ryby a także zdążył już wzbogacić swoja kolekcję wzierząt o gatunki morskie. Apetyt mu dopisuje i co najwazniejsze jest zdrowy. Pogoda jest w kratkę, jak to nad polskim morzem. Na szczęście w tym roku nasz podróż przebiegła bez żadnych przygód:-) Pozdrawiam wszyskich bardzo serdecznie. Z racji drogiego dostepu do sieci zaprzyjaźnione blogi odwiedzę dopiero po powrocie z wakacji.
Na basenie:




Na wsi:


Nad morzem:



















wtorek, 23 czerwca 2009

Zmiany...

Długi weekend spędziliśmy wszyscy razem na wsi u teściów, zrobiliśmy sobie przy okazji kilka wypadów nad jezioro Białe. Spokój, cisza i dużo czasu tylko dla naszej trójcy...Było minęło. Ostatni tydzień był dla mnie wyjątkowo ciężki. Skumulowało mi się sporo spraw ważnych do załatwienia i wiecznie odkładanych na później, a jak wiadomo same z siebie się nie zrobią:-)Do tego doszły rzeczy, które już wcześniej były w planach na zeszły tydzień i powstał niezły bałagan. W trzecim dniu takiego kołowrotka straciłam zupełnie rozeznanie dokąd akurat i w którą stronę mam jechać samochodem, toteż nie raz byłam zmuszona zawracać. Najważniejsze z tego wszystkiego były dwie sprawy: jedna to moja przyszła praca a druga to zapoznanie się Czarka z "nowym" przedszkolem.
Jak to już z wegerką bywa, mam więcej szczęścia niż rozumu. Postawiłam sobie za cel znalezienie pracy w moim zawodzie w tydzień i udało się-dostałam propozycję pracy w dwóch placówkach. Wybór nie był łatwy, tu bliżej, tu lepsze godziny pracy, tu coś tam innego... ale zdecydowałam. Tak więc od września będę pracować w przedszkolu jako nauczycielka w grupie 3-latków. Mam co prawda spory kawałek do pracy, ale dogodny dojazd samochodem i przede wszystkim dobre godziny pracy, co pozwoli mi wcześnie odbierać Czarka z jego przedszkola.
Jeśli chodzi o przedszkole Cezarego to nie dostał się on do przedszkola tzw. pierwszego wyboru, ani żadnego blisko domu, tylko do takiego w sąsiedniej dzielnicy. Odległość jest na tyle duża, że spacer z 3-latkiem wchodzi w grę tylko przy super pogodzie, bo zajmuje ok. godziny. Dojazd autobusem okropny, bo albo od połowy drogi albo z przesiadkami. Pozostaje samochód. Dla mnie i mężyka to nie problem, ale nie wiem jak niezmotoryzowany dziadek będzie go odbierał z przedszkola, gdy ja będę kończyła pracę po południu...Po cichutku liczę jeszcze na to, że może jakieś miejsce gdzieś bliżej się zwolni w ciągu roku i wtedy przeniosę pierworodnego.
Czarek jak to Czarek, perspektywą stania się pełnoprawnym przedszkolakiem jest zachwycony. Wszystko mu się podoba. "Stare" przedszkole, jak to je zwykł nazywać, bardzo mu się podobało, lubił uczestniczyć w zajęciach i mówił, że "Pani Mirka jest fajna"... Niestety zajęcia na które uczęszczaliśmy od lutego dobiegły już końca. Rozdano dyplomy, zdjęcia grupowe i prezenciki od pani (zresztą po każdych zajęciach dzieci coś tam w nagrodę dostawały, także prezent na dzień dziecka). "Nowe" przedszkole, czyli to, do którego Czaro będzie od września chodził również przypadło mu do gustu. W czasie dni otwartych pierworodny miał okazję poznać sale i dzieci, z którymi będzie w grupie (26 osób) - dwoje z nich już zna z zajęć w "starym" przedszkolu. Czaro wie, że będzie w grupie krasnoludków, wie też jak nazywa się jego pani. Nie wiem tylko czy kojarzy dobrze swoją salę, gdyż w czasie dni otwartych przebywał głównie w sali 5-latków z której to nie mogłam go wyciągnąć. "Mamo ja tu zostaję i się bawię zwierzątkami w koszyczku!" No cóż w jego grupie takich zwierzątek nie ma. Nie stanowi to dla Czarka żadnego problemu. Jemu wszystko jedno jaka grupa i gdzie, byleby zwierzątka do zabawy były :-). Czaruś był też na zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu, w którym będę pracować i tam też mu się podobało. Mam nadzieję, że we wrześniu pierworodny zaadoptuje się do nowej sytuacji i pomimo ewentualnych łez przy rozstaniu będzie chciał chodzić do przedszkola i dalej będę od niego słyszeć, że "w przedszkolu jest fajnie!" Czaro ostatnio jakiś taki sentymentalny się zrobił...
A tak swoją drogą...gdy ja będę pracowała z grupą maluszków...w tym samym czasie w innej części miasta inna nauczycielka będzie pracowała z grupą w której będzie mój syn. To bardzo dziwne uczucie, niemiłe, "zostawiać" swoje dziecko by zajmować się cudzymi... Wiem jednak, że zarówno dla mnie, jak i dla Czarka lepiej będzie, jeśli nie będziemy w tej samej placówce. Wtedy to żadne samodzielne przedszkole dla niego ani praca dla mnie. A prace mam jaką mam. Mimo wszystko w tej chwili, gdy o tym pomyślę to jakoś tak mi smutno...

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Radość z bycia dzieckiem...

Gdzie i kiedy nie wyjdę to moknę, bo parasol zawsze nie tam gdzie ja, czyli w domu. Czarkowi za to nic nie przeszkadza, nawet aura na dworze, a deszcz zdaniem pierworodnego nie pada na niego, bo "on ma przecież czapeczkę..."
W poprzedni weekend z okazji Dnia Dziecka organizowanych było wiele pikników i festynów. Zdecydowałam się pojechać z Czarkiem na Zamek Królewski do Arkad Kubickiego. Przy okazji przeszliśmy się Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, tzn. ja się przeszłam, bo Czaro wygodnicki zasiadał w swojej czterokołowej gablocie. Gdy zaś znaleźliśmy się w pobliżu pomniku Kopernika, Czarek westchnął po czym ze wzruszeniem powiedział " Mamo, jak tu jest pięknie..." Prawdę mówiąc zaskoczył mnie tym wyznaniem, bo nie sądziłam, że on na architekturę taki uwrażliwiony...
Na Zamku Królewskim atrakcji dla dzieci było bez liku. Czaruś m.in. malował jakiegoś glinianego robota, poznawał prawa fizyki - oczywiście na swój sposób:-), prowadził prace wykopaliskowe - szukał w piaskownicy kości i próbował złożyć szkielet jakiegoś dinozaura, budował nie wiadomo co z klocków, oglądał bajeczki, występy taneczne... Ogółem był w swoim żywiole. Bo poznawać, odkrywać i jeździć w różne ciekawe miejsca to on uwielbia:-)


Kit: "School Days" by Sara - Sweet Blossom Designs
http://sweetblossomdesigns.blogspot.com/

and "Bollywood" by Stacey - Stacey’s Scraps
http://sjtowers.blogspot.com



Kits: "Sweet Dreams" by Vicki - A work in progress
http://vicki20.blogspot.com/



Kit: "Comfort" by Stacey - Stacey’s Scraps
http://sjtowers.blogspot.com


Kilka dni potem był czas na rodzinny wypad na basen, z tatusiem oczywiście:-). Nie będę pisać o tym, że Czarkowi się podobało, bo to akurat jest oczywiste:-). Najbardziej podobała mu się jednak zjeżdżalnia ze słonikiem i skoki do wody. Raz nawet zjechał z tatusiem z wielkiej zjeżdżalni - więcej nie - mówił, że "tam w rurze było ciemno i bałem się troszkę". Najbardziej zaskoczył mnie jednak fakt, że Czaro świetnie unosi się na wodzie potrafi popłynąć tam gdzie chce - wszystko to oczywiście z pływakami :-), ale ja jestem dumna z postępów jakie zrobił od ostatniej wizyty na basenie :-)


Kit: "Bohemia" by Sara - Sweet Blossom Designs
http://sweetblossomdesigns.blogspot.com/

sobota, 23 maja 2009

Proszę wsiadać!...



Czaruś, jak wiadomo jest wielkim wielbicielem fauny. Ciągle przyswaja sobie nowe informacje o swoich ulubieńcach i wszystkim, co z nimi związane. Ostatnio dowiedział się co to jest nutria i piżmak i za nic nie daje sobie przetłumaczyć, że to nie są kuzyni bobra, co budował tamę…Czaro często musi po swojemu…
W kręgu zainteresowania pierworodnego znajdują się również pociągi: parowe, spalinowe, towarowe, osobowe-bez różnicy-liczy się sztuka. Wybraliśmy się zatem wczoraj do Muzeum Kolejnictwa w Warszawie. Czaruś był zachwycony i przeszczęśliwy:-)Nie mógł się zdecydować od czego chciałby zacząć zwiedzanie, gdyż wszystkie modele lokomotyw i całych pociągów chciał zobaczyć i dotknąć jednocześnie. Najbardziej podobały się pierworodnemu makiety z pociągami, które za sprawą pracownika muzeum „ożywały”:-).Wielką atrakcją stały się oczywiście prawdziwe zabytkowe lokomotywy, a w szczególności te, do których można było wejść i zajrzeć do kotła!.


























piątek, 15 maja 2009

Żabie kołysanki...

Nasz trzydniowy pobyt u teściów na wsi jutro dobiegnie końca. Było trochę załatwiania papierków w urzędach, lecz przede wszystkim mnóstwo czasu tylko dla nas. Czaruś uwielbia wyjeżdżać na wieś, ma tu swój własny świat. Świat pełen zwierząt, które są głównym tematem jego zabaw. Jak sięgam pamięcią zaczęło się od krówek i świnek, potem długo długo nic, zaś teraz interesują go wszystkie zwierzęta bez wyjątku. Czaruś potrafi powiedzieć, które zwierzęta mieszkają na wsi, które w lesie, na łące, w wodzie czy też w dżungli. Przyswaja sobie bardzo dużo informacji na ich temat. Wie co to są ssaki i które znane mu zwierzątka nimi są, najczęściej wie też, czym dane zwierzątka się żywią, które składają jaja, że nietoperz to ssak i śpi do góry nogami, że jeżyk się rodzi z mięciutkimi kolcami i zjada owady, głównie dżdżownice, wie jak wygląda okapi czy surykatka, jakie mamy rodzaje mrówek i cały czas zaskakuje mnie czymś nowym. Oczywiście pierworodny potrafi też nie przyjmować pewnych faktów ze świata zwierząt do wiadomości i wymyśla wtedy po swojemu. Ma przecież do tego prawo:-) I tak według Czaro bocian nie lubi zjadać żabek tylko je mięsko od świnki oraz różne roślinki. Czarusiowi strasznie tych żabek szkoda było... Jakby w sumie nie patrzeć wbrew pozorom bocian, choć mięsożerny bardzo rzadko zjada żaby:-)
Pierworodny ze swoimi zwierzętami prowadzi niekończące się rozmowy. Wygłasza do nich całe monologi, tłumacząc im i pomagając, lub po prostu jego zwierzęta rozmawiają miedzy sobą. Wczoraj Cezarego usypiały żaby. Ich rechot słychać było w całej wsi, więc Mężyk otworzył okno, żeby było jeszcze głośniej i Czaro jak urzeczony słuchał owego koncertu i powoli zapadał w błogi sen...Gdy weszłam do pokoju jeszcze zdążył do mnie powiedzieć "Nie bój się mamo, to tylko żabki kumkają..."

Czaruś przed chwilą wrócił z tatusiem z lasu więc się zbieram, bo jedziemy obejrzeć tamę zbudowaną przez bobra, który to się w okolicy rozgościł:-)

poniedziałek, 4 maja 2009

Ślimaki:-)

Pierwsze majowe dni spędzaliśmy rodzinnie razem z babcią na działce. Co prawda Mężyk nie mógł być z nami cały czas przez te wszystkie dni, ale starał się i zawsze znalazł czas na brykanie i zabawy z Czarusiem :-). Jak wiadomo, na wiosnę zawsze jest na działce czy w ogrodzie dużo pracy, zaś jeśli dodatkowo ktoś z dalszej rodzinki nieproszony, zrobi niedźwiedzią przysługę, nie da się w kilka dni z tym bałaganem uporać. Nie chcę się tu wdawać w szczegóły, bo ten blog z założenia nie jest miejscem dla prania rodzinnych brudów. Jak na razie, po kilku dniach pracy nie czuje własnych rąk, nie jestem nawet w połowie pracy nad uprzątnięciem tego bałaganu i denerwuje mnie, że teraz prawie nigdzie nie mamy cienia. Z racji posiadania jednego dużego sekatora, mojej mamie pozostało sadzenie kilku roślinek i pielenie oraz większość opieki nad Czarkiem, który głównie jednak zajmował się sam sobą. Ale obiecałam sobie, że jak tylko dojdziemy z ta działką do ładu, to zrobimy sobie porządnego grilla, a ja będę wtedy leniuchować, jak większość polaków w długi majowy weekend:-)
Czaro na pytanie, czy lubi jeździć na działkę odpowiada, że tak!, zaś na pytanie co najbardziej podoba mu się na działce odpowiada, że ślimaki! Tak więc Czaro zbierał ślimaki z całej działki, łączył je w rodziny, karmił trawą i ciastkami, rozmawiał z nimi i wszystko im tłumaczył. Dodatkowo duże osobniki musiały przejść obowiązkową naukę schodzenia po schodach, a skoro głaskał je po skorupkach i mówił "powoli, powoli" to znaczy, ze czas przejścia się nie liczył:-). Poza tym pierworodny oglądał żaby, maleńkie jaszczurki i dużo innego robactwa, którego widok nie wiedzieć czemu wywołuje w pierworodnym euforię.... W wolnych chwilach Czaruś namiętnie biesiadował pochłaniając wszystko co znalazło się w zasięgu jego rączek.









M:Czaruś co ty robisz?
Cz: Rybkę rozdymkę :-)!




wtorek, 28 kwietnia 2009

Scena to jego żywioł...przynajmniej na razie:-)

Wybrałam się z Czarkiem na teatrzyk dla dzieci do Domu Kultury w naszej dzielnicy. Bilety niedrogie, więc gdyby mu się nie spodobało i nie chciał oglądać to bez żalu byśmy po prostu wyszli. Czaro jest bardzo ciekawski a do tego ruchliwy i nie zawsze potrafi usiedzieć w jednym miejscu więc nie wiedziałam do końca czego się mogę po nim spodziewać. I rzeczywiście, pierworodny swoim zachowaniem mnie zaskoczył... Nie mógł wysiedzieć na widowni na moich kolanach, bo on też chciał w przedstawieniu uczestniczyć! Tak więc gdy grała muzyka Czaro tańczył, gdy Polna Myszka szła spać, to Czaro tak samo itd., naśladował aktorów i po cichu powtarzał po nich urywki tekstów. Nie było sposobu by utrzymać go przy sobie. Mniej więcej w połowie trwania przedstawienia Czaro wkręcił się do niego. Został wiosennym kwiatkiem i dostał specjalny kapelusz, który okazał się na pierworodnego za duży więc głównie trzymał go w ręce. A jaki dumny był z siebie:-). Na zakończenie Czaruś, najmłodszy uczestnik przedstawienia, nie chciał się ukłonić, za to klaskał ile tylko mógł. Nawet jak aktorzy i pozostałe dzieci poszły się przebrać, pierworodny z uśmiechem od ucha do ucha stał samotnie na scenie i dalej bił sobie brawo. O dziwo większość widowni rozbawiona zachowaniem Cezarego dalej biła mu brawo...
Czarusiowi oczywiście przedstawienie się podobało i wyraził chęć uczestniczenia w następnych...
Gdy Czaro zaczął mówić okazało się, że uwielbia opowiadać wierszyki i różne historie, których bohaterami są zwierzątka. Ma bardzo dobrą pamięć i po kilku powtórzeniach zapamiętuje całe wierszyki, oczywiście nie za długie. Zna ich już naprawdę sporo i ciągle uczy się nowych, chociażby sam słuchając wierszy Brzechwy czy Tuwima na płycie CD. Nie wstydzi się przy tym opowiadać ich przed kamerą, czy też każdemu kto go o to poprosi. Często zaś mówi je szybko i wtedy pojedyncze wyrazy zlewają się w jakiś bezkształtny słowotok, co pewnie z czasem mu przejdzie, gdy nauczy się wyraźniej mówić. Poza tym Czaro wymyśla i recytuje własne wersje znanych wierszyków. Na przykład w wierszyku "W pokoiku na stoliku..." zamiast kotka występuje pingwin a zamiast mleka jest wtedy woda. Innymi słowy Czaro nareszcie mi się rozgadał:-), a ze swoimi figurkami zwierzątek prowadzi niekończące się monologi....



poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Nowy, aczkolwiek stary w nowym miejscu:-)

Na wstępie witam na nowym blogu:-). Nie jest on jednak taki zupełnie nowy, gdyż przeniosłam całe archiwum ze swojego bloga na onecie, co trochę potrwało:-). Dlaczego zrezygnowałam z onetu?. Przyczyn jest wiele, głównie jednak z powodu pojemności onetowskich blogów. Na dotychczas prowadzonym po prostu wolne miejsce sie skończyło i pozostały dwie możliwości. Albo na onecie założyć nowy, albo przenieść się gdzie indziej. Padło na blogera między innymi dlatego, że mam na nim dostęp do kodu HTML, co daje mi o wiele większe możliwości. Niestety nie udało mi się przenieść Waszych komentarzy, ale zostają one na onecie, gdyż nie zamierzam kasować tamtego bloga tylko ukryć całą jego zawartość. Mam nadzieję, że nikt urazy żywić z tego powodu nie będzie:-). Tyle tytułem wstępu...

Jeśli chodzi o Święta Wielkanocne to spędziliśmy je na wsi u teściów. Przyjechaliśmy w wielki piątek na wieczór i zostaliśmy aż do środy. Czaruś oczywiście wniebowzięty, bo tyle czasu mógł spędzić z ukochanymi krówkami i świnkami. Już zanim wyjechaliśmy na święta, Czaro gdy tylko widział na jakimś obrazku czy w telewizji krowę to do znudzenia powtarzał, zdanie "Bapcia Klysia taką klófkę ma!". Tak więc pierworodny karmił krówki, nawet zabierał siano ze stodoły, układał na swoich sitkach z piaskownicy, bo przecież krowa też powinna jeść z talerza. Czaruś był też z babcią w kościele by poświęcić zawartość koszyczka. Z relacji teściowej wiem, że chciał koniecznie sam całą drogę nieść koszyczek,. Tak go to wszystko uświęciło, że zamiast jak wszyscy wyjść z kościoła, pierworodny na klęczkach przez cały kościół przeszedł, co wywołało fale podziwu, jaki to mój syn jest uduchowiony:-). Czaro troszkę był zawiedziony, że jajka w święconce są na twardo, a on najbardziej lubi na miękko, ale ostatecznie zajadał się wszystkim co było pod ręką. Teściowie byli zachwyceni postępami w rozwoju pierworodnego. Ja sama nie mogę się nadziwić ile rzeczy udało mu sie opanować w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, jestem z niego naprawdę dumna:-).
Pieluchy ma zakładane tylko na noc, gdyż jeszcze nie każda noc jest sucha, zaś w dzień zakładam mu tylko asekuracyjnie, gdy np. jedziemy do kogoś lub gdzieś samochodem. Poza tym nie ma dla niego problemu, czy robi do swojego nocnika, czy na dworze pod krzaczek, w centrum handlowym stojąc na mojej nodze, bo inaczej by nie trafił, robi też na nakładkę na kibelek a u dziadków wysadzam go bezpośrednio na kibelek podtrzymując tylko, żeby nie wpadł:-). Pełen luz, no może poza faktem, że zdarza mu się próbować sikać do nocnika na stojąco nie do końca jeszcze panując nad swoim sprzętem. Kończąc nocnikowe wywody napiszę tylko, że sam się podciera (jedynie po kupce po nim poprawiam) i czuje się odpowiedzialny za zawartość własnego nocnika, pomagając mi koniecznie przy jego opróżnianiu.
Czaro coraz lepiej mówi. Ładnie odmienia i buduje proste, często niegramatyczne zdania. Ma ostatnio manię powtarzania po kimś tego, co ktoś powie, zupełnie jak echo. Ma poza tym dobrą pamięć.
Pierworodnego bardzo interesuje świat zwierząt i wszystko co z nim związane. Mężyk był w lekkim szoku jak mu ostatnio własny syn oznajmił, że pająki wykluwają się z jajek, o czym to sam małżonek nie wiedział:-).
Czaruś potrafi rozróżniać kolory. Na dzień dzisiejszy takie jak: czerwony, zielony, żółty, niebieski, pomarańczowy, różowy, fioletowy, brązowy, czarny i biały. Uwielbia przy tym porównywać i wymieniać różne przedmioty danego koloru tworząc przy tym całe monologi typu "żółty jak słoneczko, żółty jak kaczuszka, żółty jak ziemniaczek, żółty jak cebulka...."
Poza tym, pierworodny na jakąś dziwną manię liczenia wszystkiego. Co prawda dziwnie jest tu mówić o liczeniu, gdyż Czaro nie posiada jeszcze twz. stałości liczby. Zna liczby od jednego do mniej więcej piętnastu, z czego po kolei wymienia tylko od 1 do 6, zaś liczy różne elementy z powodzeniem do czterech, w porywach do pięciu.
Dzisiaj Cezary zapytał się mnie w czasie obiadu "Która godzina?". Dobrze, że nie miałam akurat nic w ręku bo pewnie bym to owo coś upuściła. Nie wiem, czy samo pytanie o czas tak mnie zaskoczyło, czy fakt, że pierworodny dotąd nie zadawał mi praktycznie żadnych pytań, tylko prosił lub coś oznajmiał. Tyle rzeczy jeszcze przed nami....
W dodatku taki kulturanlny się ostatnio zrobił. Ja mu smaczego a on mi "dekuje", ja mu dziękuję a on mi "piosie badzio", w piaskownicy do kolegi "pozić" itd.

Czaruś i pociągi:-)






Czaruś "klepie" wierszyk :-)


czwartek, 9 kwietnia 2009

Nadchodzą...








("Hello Easter" by Nicole , http://digi-designs.blogspot.com)

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Z wizytą w ZOO

Ja pelikanowi "cześć" a on mi wózek "hap!"


A da się te ryby złowić i zjeść?


"Yden, dja, tsi!"- policzone, wszystko się zgadza:-)


"Jest tam kto? HALO! Ja dzwonię!"


"Ty mnie słuchaj i się ucz!"


Adoptowani. Nakarmieni. Zadowoleni.


Zjeżdżam:-)


Kręcioł :-)


Złoto pustyni...


Takich dwóch jak nas, to nie ma ani jedego:-)






Koleją w dal.....


Król zwierząt czuwa....


Małpi cyrk, trudno się było nie śmiać...


Skąd ty jesteś krokodylu? -Ja?, z Nilu!


Z pigmejką też się bawiłem...