poniedziałek, 26 listopada 2007

W gościach

W sobotę mężuś miał urodzinki:-),więc trochę świętowaliśmy, trochę leniuchowaliśmy. W niedzielę odwiedziliśmy w trójkę moją bliską, licealną koleżankę Ulcię, którą Czaruś miał dopiero poznać. Na początku wizyty Cezary był nieśmiały widząc tyle nowych osób i chciał tylko do mamy na rączki. Trwało to dosłownie kilka minut, bo już po chwili czytał z ciocią Ulcią swoje ulubione bajeczki, bawił się i zaglądał do kuchni w poszukiwaniu smakołyków:-) Pierworodny należy do osób, które w gościach błyskawicznie brudzą ubranie, więc paradował w rajstopkach. Za duzo wypił i w brzuszku się nie zmieściło:-) Co prawda wzięłam ze sobą zapasowe spodenki, ale wolałam je zostawić na powrót,bo gdyby je też spotkał los poprzednich,to synek wracałby w mokrych:-)Czaruś od cioci dostał prześlicznego pluszowego misia, z którym teraz śpi w łóżeczku:-)Było super! Gdy wracalismy do domu pierworodny zasnął w samochodzie. Obudził się 3 godziny poźniej już w swoim łóżeczku.
Wieczorkiem wybraliśmy się z mężykiem do kina a Czaruś w tym czasie w domu bawił się z babcią Jolcią.
Na ostatnim zdjęciu Czaruś z ciocią, która bardzo mu się spodobała:-) Pozdrawiamy!!!!




piątek, 23 listopada 2007

Galeria

Dawno temu buszując sobie po necie trafiłam na stronę Dariusza Twardocha i co tu dużo pisać, zakochałam się. W jego malarstwie pastelowym:-). Jest ono inspirowane wierszami Leśmiana i Gałczyńskiego. Przez to jest mi szczególnie bliskie, bo ja uwielbiam wiersze Leśmiana! [kilka znam nawet na pamieć:-)))]
Malarstwo Dariusza Twardocha jest znane i podziwiane na całym świecie. Co przedstawia? Jest to malarstwo pastelowe, zbudowane z poezji, poświęcone cudowi i uważności życia, które przedstawia ujmujące dusze historie dwojga Ludzieńków.
Każdego, kogo choć trochę udało mi się zaciekawić, odsyłam do cudownej galeri, do której link na pewno bez trudu znajdziecie:-)
Napiszcie, czy Was również zachwyciła tak jak mnie:-)
Poniżej zamieszczam mój ulubiony wiersz Leśmiana, który oczarował mnie w szkole średniej i w głowie plącze się do dziś.

B. Leśmian "Dwoje ludzieńków"

Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,
O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.

Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania
Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.

Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy,
A czas ciągle upływał - bezpowrotny, jedyny.

A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie
Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

Pod jaworem - dwa łóżka, pod jaworem - dwa cienie,
Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.

I pomarli oboje, bez pieszczoty, bez grzechu,
Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.

Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,
Ale miłość umarła, już miłości nie było.

I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.

Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata
By powrócić na ziemię - lecz nie było już świata.

wtorek, 20 listopada 2007

Tygrys

"Ma tygrys powody do dumy
i cenę swą dobrze zna
bo całe ciało ma z gumy
sprężyny na dole ma
skacze, bryka i wiruje
braknie mu aż tchu
szaleje bez końca
bo widzi i czuje
że nie ma równych mu,
nie ma równych mu"

Czaruś, jak przystało na małego fana Tygryska, wiernie kibicuje swojemu bohaterowi podczas oglądania bajki o Kubusiu Puchatku. Jedyne co mnie martwi, to ćwiczenie przez pierworondego na dywanie stania na głowie oraz robienie fikołków. Ehhh.....
Poniżej kilka zdjęć Czarusia oglądajacego ulubioną bajkę:-)









niedziela, 18 listopada 2007

Wyprawa :-)

Ogólnie jestem przeciwniczką spędzania czasu z dzieckiem w hipermarketach. Nie mówię tu o sytuacjach, kiedy rodzice muszą zrobić zakupy i najnormalniej w świecie nie mają z kim zostawić swoich pociech. Ale jesli można zostawić dziecko np. pod opieką ukochanych dziadków, to po co ciągnąć je po sklepach. Dla małego dziecka to żadna atrakcja robić zakupy, stać w kolejkach, wybierać wedlinę lub makaron. Dzieci szybko sie nudzą, robią się niecierpliwe, marudzą, dodatkowo te wszystkie jaskrawe swiatła, hałas, za dużo ludzi... Nawet dla dorosłego jest to męczące. Wiec jesli nie trzeba, to po co się meczyć. Dlaczego o tym piszę? My z mężykiem nie zabieramy Czarusiana ze sobą na zakupy jeśli nie musimy. Zostawiamy go z jego ukochaną babcią Jolcią( moją mamą) a sami możemy wtedy spokojnie pochodzić po sklepach, kupić jakieś ciuchy, coś zjeść, zajrzeć do kina. Oczywiście z powodu ciągłego braku czasu, kasy i wyjazdów ma to miejsce rzadko. Do czego zmierzam? Ano wczoraj z mężykiem i moją mamą wybraliśmy się do C.H. w celu zakupu naszemu pierworodnemu bucików na zimę. Czarusia oczywiście zabraliśmy ze sobą, gdyż był niezbędnym ogniwem tej operacji:-). W czasie wybierania bucików przez mamusię Czaruś pod opieką tatusia z zamiłowaniem całował swoje odbicia w lustrach, sprawdzał z niedowierzaniem dlaczego nie ma Go z drugiej strony, jak również paluszkiem pokazywał postacie z kreskówek w telewizorze. Zrzucał też z nisko leżących kartonów wystawione na nich buty. Niecnego procederu szybko zaniechał, gdyz tatuś, chodzący za nim niczym cień, pilnował, żeby wszystkie odkładał z powrotem na miejsce, co już w opinni pierworodnego nie było takie zabawne...Poza łobuzerką, szczerzył do wszystkich swoje małe ząbki, co zawsze wywoływało entuzjazm obecnych osób.
Buciki kupiliśmy dopiero w którymś sklepie z kolei, bo albo ich cena przekraczała zdrowy rozsądek albo zwyczajnie nie było rozmiaru 21. Na koniec szybkie, małe zakupy tzw.spożywki i do domu wrócilismy ledwo żywi. Dodam jeszcze, że mężuś postanowił nie brać wózka i nosił Cezarego na baranach, co odczuwa zresztą do dzisiaj:-).
Po wieczornej kąpieli pierworodnego wybrałam się na kawuchę z koleżanką a usypianiem zajał się już meżyk.
Dzisiaj natomiast jest niedziela, dla mnie ustawowe święto lenia;-) Tak więc leniuchowaliśmy, z Czarusiem spacerowaliśmy a zaraz idziemy z mężykiem robić popcorn i ogladać film na DVD.
Pozdrawiam wszystkich i dziekuję za Wasze komentarze:-)))





czwartek, 15 listopada 2007

To jakis koszmar...

Czy takie trudne jest dostanie nowej kraty do bankomatu, gdy stara straci ważność? Tak naprawdę to bardzo proste, bo przecież wysyłają je automatycznie. Jak się jednak okazuje w moim przypaku to się nie sprawdziło:-( Ale zacznę od początku. Moja nowa karta nie przyszła. Czekam, czekam, w skrzynce na listy tylko kurz,więc dzwonię. Dowiaduję się telefonicznie, że karta została wysłana, odpowiadam, że raczej nie bo jej nie mam.Sprawdzanie danych itp. Po kilku chwilach okazało się, że i owszem wysłali - na adres który zmieniałam w banku 1,5 roku temu(!), bo z wynajmowanego mieszkania się wyprowadzaliśmy. Po sprawdzeniu stanu konta, spokojna,że wszystko na swoim miejscu, zastrzegam wydaną kartę - tu znowu czekanie, sprawdzanie danych itp. Ok. Pytam, co z nową mogą wysłać? NIE. Żeby to zrobić muszę się udać do najbliższego oddziału swojego banku i wydać dyspozycję. No więc idę, do najbliższego 1km. Miłej pani za biurkiem przedstawiam swoją sytuację i pytam, czy wydadzą mi nowa kartę do bankomatu. Po kilku minutach wklepywań tipsami słyszę, że NIE! Dlaczego? Ano przez telefon zastrzegłam karte, oni tych danych nie mają, proszę przyjść jutro. Dla pewności przyszłam po tygodniu czyli dzisiaj. Znowu jakaś miła pani za biurkiem, wklepywańsko w klawiaturę i co słyszę? ZNOWU NIE! Jak zastrzegłam kartę to powinnam przyjśc po dwóch tygoniach. Tłumaczę, że jestem po tygodniu, choć kazali przyjśc na drugi dzień i nigdzie się nie ruszam. Konsternacja. Pani z zza biurka z usmiechem wstaje i idzie się poradzić. No więc czekam. Po powrocie znowu czary mary przy komputerze i stwierdzenie, że powinnam iść w tej sprawie do oddziału, w którym zakładałam konto (na drugim końcu stolicy), bo TYLKO oni mogą mi ja wydać. ŻE CO? Tłumaczę, że po raz kolejny TU przychodzę i o czymś takim nie było nawet mowy. Z akcie desperacji, choć nadal ze spokojem ( aż dziwne!) mówię miłej pani, że wobec tego chcę zlikwidować konto.Słyszę po chwili zastanowienia, że to też jest niemożliwe! O MASZ...! Po czym wyrecytowała mi jak z książki całą procedurę, co muszę zrobić, żeby zlikwidować, ale oczywiście nie u nich. W międzyczasie powiedziała coś o zastrzeganiu karty płatniczej, co w przypadku likwidacji konta jest konieczne....obudziłam się: JAKIEJ KARTY, PRZECIEż JA NIE MAM KARTY?!!! Tak w ogóle to o co chodzi?!!!! Miła pani odpowiada, że w oddziale, w którym zakładałam kiedyś konto wydali nową kartę i tam musze się po nią udać. ZGŁUPIAŁAM....Tym razem to ja z uśmiechem na ustach zapytałam, że skoro jednak mam jakąś kartę(!) to czy mogą mi ją przysłać, żebym nie musiała po nią jeździć na drugi koniec Warszawy? NIE! Czy jest jakikolwiek sposób, żebym mogła ją odebrać tutaj?! Znowu konsultacja. Czekam....TAK!-Musi pani napisać podanie. NO NARESZCIE!!!!!!!!!!!!! Tak więc po godzinie spędzonej w banku, napisaniu podania, zostawieniu swojego telefonu, żeby powiadomili, kiedy mam ich znowu,tym razem ostatecznie nawiedzić, poszłam na zakupy w stylu ser, masło, bułki. Ehhhh..... Dobrze, że przynajmniej Czaruś bez problemów. Od jakiegoś czasu wychodzą mu dwa zęby trzonowe naraz, co dopiero dzisiaj zauważyłam:-)

wtorek, 13 listopada 2007

Sami z Czarusiem

Dzisiaj po południu wracamy wreszcie do domku do stolicy. Ale póki co jestesmy jeszcze u teściów. Zostałam z Czaruisem sama w tym wielkim domu. Teściowie z mężykiem i jego młodszym bratem Darkiem pojechali do Chełma (ok 60 km), żeby wyrobić Dareczkowi paszport. Czaruś zalicza właśnie swoją drzemkę, jedyną zresztą w ciągu dnia. Ja musze pilnować, żeby co godzinę zejść na dół do kotłowni i podłożyć do pieca, bo innaczej zrobię w domu syberię:-). Na początku nie wiedziałam jak tę czynność połączyć z opieką na Czarkiem, który pozostawiony sam sobie na górze strasznie płacze. A na dole, parterze, jest bardzo zimno (nie ma tam grzejników), no i w okolicach kotłowni jest strasznie brudno. Ale znalazłam proste rozwiązanie:-). Zakładam Czarusiowi sweterek, znoszę go na rękach po schodach na dół i wkładam do jego spacerówki, która tam stoi. Następnie podjeżdżam spacerówką pod kotłownię otwieram drzwi szeroko, żeby synek z wózka mnie widział a potem podkładam do pieca. Po tym fakcie wykonuję znowu te wszystkie czynności w odwrotnej kolejności i po kłopocie:-) Czaruś grzecznie znosi to całe dziwactwo choć wydaje się byc tym trochę zmieszany:-)
Pozdrawiam wszystkich czytelników bloga z pięknie zasypanej śniegiem wsi i dziękuję za wasze komentazre:-))))

niedziela, 11 listopada 2007

Eskimosek :-)

Zimno, zimno i jeszcze raz zimno! Jak ja bym chciała znowu lato....ale cóż trzeba będzie dłuuuugo poczekać. Teraz wychodzenie z Czarusiem na spacer to prawdziwa wyprawa. Zakładanie tych wszystkich rajstopek szaliczków czapeczek, smarowanie buźki kremikiem itp. Synek wygląda jak prawdziwy eskimosek:-)
U teściów w domu jest niższa temperatura niż u moich rodziców u których mieszkamy. W końcu duży dom na wsi rządzi sie innymi prawami niż mieszkanko w bloku w mieście. Z drugiej jednak strony u teściów Czaruś może się nieźle wyszaleć, chodzi po wszystkich pokojach i wszędzie go pełno. W naszym ponad 30 metrowym pokoju ma nawet chuśtawkę zawieszoną pod sufitem, na której uwielbia się bujać. Bujane są przez synka równiez misie. No i oczywiscie uwielbia obserwować i zaczepiać małe kotki, które się po domu plączą. Moi rodzice maja co prawda dwa psy, ale kotki Czarusiowi zdecydowanie bardziej odpowiadają. Dzisiaj mój kochany syneczek zrobił mamie małego psikusa. Ano spryciarz wyjął, a następnie odwrotnie włożył baterie od pilota do telewizora i dobre kilka minut zastanawiałam sie czemu pilot nie działa:-) Mój kochany mały urwisek!

piątek, 9 listopada 2007

Dzisiaj mieliśmy wyjechać na wieś do teściów...,ale nie pojechaliśmy. Dlaczego? Ano dlatego, że mężuś późno wrócił z pracy i nie było sensu, abyśmy z Czarusiem po nocy jechali 230km. Kiedyś już zdarzyło nam się taki wyjazd zaliczyć późnym wieczorkiem i nie był to trafny wybór. Czaruś oczywiście zasypia w samochodzie, śpi prawie całą drogę a gdy dojeżdżamy budzi się , jest marudny, rozdrażniony nowym miejscem, widowiem osób które chcą go ogladać i nie może z nadmiaru bodźców ponownie zasnąć. Usypianie trwa ponad godzinę i nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że to nie jest dobre rozwiązanie. Męczące dla Czarusia i dla nnas oczywiście też.Tak więc zaniechaliśmy późno wieczornych wyjazdów i teraz po godzinie 16stej do teściów nie wyjeżdżamy. Postanowione.Kropka.A propo teściów to nie przeszkadza mi, że mieszkają tak daleko:-), choć jeździmy do nich bardzo często (2-3 weekendy w miesiącu) a i podróże bywają nieraz uciążliwe. Niedługo pewnie ta sytuacja się zmieni i będe ich widywać codziennie, ale o tym napisze innym razem. Ehhh... Jedziemy jutro rano.


Czaruś latem u dziadków na wsi

środa, 7 listopada 2007

Misio łakomczuszek

Czaruś uwielbia jeść! Ciesze się, że nie jest niejadkiem, bo wtedy pewnie ciągle bym się martwiła, czy prawidłowo przybiera na wadze, czy dostaje odpowiednią porcję witamin itp. A tak mały smakosz pochłania wszystko, co dostaje do jedzonka z wyjątkiem brokułów ze słoiczka (nawiasem mówiąc sama bym tego nietknęła, nienawidzę brokułów bleee). Czasami kombinacje smakowe potrafią być dziwaczne no ale cóż, o gustach się nie dyskutuje:-). Poza jedzeniem "swoich" posiłków Czaruś uwielbia smakować to, co rodzice mają na swoich talerzach, bo przecierz dorosłe jedzenie jest jeszcze ciekawsze!









poniedziałek, 5 listopada 2007

Mały czytelnik:-)))

Nasz kochany Czaruś, ku wielkiej radości i niewielkiemu zdziwieniu rodziców, jest miłośnikiem książek. Tak więc powoli, powoli "sztywno-papierowych" egzemplarzy książeczek nazbierało się sporo. Nie dało się już ich odkładać gdzie popadnie, tym bardziej, że będące poza zasięgiem małych rączek budziły zdecydowany sprzeciw pierworodnego. Tak więc Czarusiowi została udostępniona specjalna półeczka, a raczej spora półka, pełniąca honorową funkcję dziecięcej biblioteki. Synek z właściwą sobie dziecięcą pasją, zaraz po porannym przetarciu oczek i jedzonku, wychodzi z łóżeczka i wędruje do biblioteczki. Następnie wyjmuje książeczkę, wręcza rodzicom i oczekuje wspólnego oglądania bajeczek (oczywiście Cezary musi sam karteczki przewracać), czytania lub opisywania przez dorosłego, co jest na obrazku, pokazywania paluszkami postaci i przedmiotów. Proceder ten trwa póki wszystkie bajeczki nie zostaną wyjęte i obejrzane. Oczywiście w wyniku codziennych obowiązków rodziców jest on przerywany, jednakże synek wydaje sie w ogóle tego nie zauważać. Dla niego on nadal trwa, więc jest nie istotne czy mama robi śniadanie, tata idzie do pracy itp. Czaruś zadowolony chodzi z książeczkami po mieszkaniu i domaga się wspólnego oglądania. Tak więc książeczki są porozrzucane po całym mieszkaniu bo pierworodny potrafi odłożyć na półkę co najwyżej jedną lub dwie z nich. Takie oglądanie z przerwami trwa od rana do wieczora, przerywane oczywiście zabawami innymi zabawkami i przedmiotami.
Czasami zastanawiam się czy dzieci w wieku Czarusia tak uwielbiają książeczki czy po prostu wyrasta mi mały mol książkowy;-). Kiedy synek był maleńki, co wieczór czytałam mu przed snem bajeczki. Teraz jest to niemożliwe, gdyż jak tylko Cezary widzi w moim ręku jakąś książkę nie ma mowy o spaniu! On musi jej dotykać, pokazywać i sam przewracać kartki i niestety ma potem problemy z zaśnięciem. Zatem wieczorami opowiadam mu krótkie rymowane wierszyki. Z potrzeby mam ich już w pamięci całe mnóstwo, co często przydaje się podczas czekania w kolejce w sklepie czy w poczekalni u pediatry. Do ulubionych wierszyków Cezarego należy: nieśmiertelna "Lokomotywa", "Chory kotek", wiersze o pajączkach, nietoperzach, ogórku korniszonku, stonodze, żółwiu Nikodemie i wiele innych.
Cieszę się, gdy widzę jak synek z uśmiechem na swojej małej buźce niesie kolejną książeczkę i z radością ją razem oglądamy. Choć czasami dziesiąta książeczka z rzędu wspólnie oglądana potrafi mamę zmęczyć;-), to należy poświęcić na to tyle czasu, ile dziecko potrzebuje.