piątek, 27 czerwca 2008

Duża gapa i Mały mądraliński

Z nadmiaru zajęć i obowiązków na pisanie po prostu brakowało czasu. A dużo się działo, więc wszystkiego po trochu...
Ostatnimi czasy Wegerka we własnej osobie ćwiczyła na jazdach doszkalajacych trudną sztukę poruszania się yariską, zgodnie z przepisami ruchu drogowego po uroczej, wiecznie zakorkowanej stolicy. Sam kurs na prawo jazdy robiłam 7 lat temu, więc jak się można domyśleć, niewiele w pamięci pozostało. Przedwczoraj miałam egzamin praktyczny, który niestety oblałam. Egzaminator super, wszystkie zadania na placu zaliczone spiewająco, a gdy wyjechaliśmy na miasto dałam plamę. Po nieco ponad 20 min. bezbłędnej jazdy wymusiłam pierwszeństwo na skrzyzowaniu równorzędnym. Złapałam gapę, bo najpierw z lewej strony wymusiła na mne pierwszeństwo pędząca grupa kolaży, a ja ruszając nie upewniłam się ponownie, czy z prawej strony nikt nie nadjeżdża a niestety zdążyła z prawej jednokierunkowej nadjechać inna elka egzaminacyjna i mój egzamin dobiegł końca. Drugie podejście za 2 miesiące dopiero, bo wcześniejszych terminów brak. Cholera...
Poza tym praca dodatkowa. Relacje pomiędzy Czarusiem a dziewczynką, którą się opiekuję bardzo dobrze sie układają. Na szczęście bez scen zazdrości i rękoczynów. Cezary spryciarz, znalazł swój własny sposób, gdy dziewczynka chce mu zabrać z rąk super zabawkę. Oddala się wtedy, odwraca do niej plecami tak by nie widziała czym sie bawi. Wzruszają mnie natomiast sceny, gdy dziewczynce upadnie np. kawałek biszkopta a pierworodny podnosi go i chodzi za nią próbując jej go wożyć do buzi lub dać do rączki. Często też zdaża się, że oboje bawią się jedną zabawką przekazując ją sobie z rąk do rąk bądź oglądają razem jedną książeczkę. Słodki widok...
Przeziębienia. Obecnie zaziębieni jesteśmy wszyscy, łącznie z moją mamą. Czaro pomimo leczenia już ponad miesiąc ma katar i mokry kaszel. Nie gorączkuje, energi ma za dwoje. Nie wiem czemu wszystkie infekcje u pierworodnego mają łagodny przebieg za to trwają strasznie długo. Dostaliśmy więc skierowanie do alergologa. Dzisiaj, podczas wizyty, pani doktor nie mogła się Czarusia nachwalić jaki z niego mądry i dzielny chłopczyk. Sam pięknie pokazywał gardełko, bez żadnych protestów dał się też osłuchać nie próbując zabierać stetoskopu, właściwie to zamarł jak posąg wstrzymując nawet oddech:-).Coś cudownego usłyszeć tyle pochwał na temat własnego dziecka.
Na spacerach synek dalej z zamiłowaniem zbiera kwiatki, aż dziw bierze, że jeszcze jakieś na osiedlu pozostały. Mrówki i inne robactwo również intensywnie śledzi. Któregoś dnia nawet ślimaczka chciał nakarmić kamyczkiem, a gdy ten schował się do skorupy Czaro był bardzo zawiedziony. Tak sobie tego ślimaczka zapamiętał, że jeszcze przez kilka dni na spacerach szukał go dokładnie w tym samym miejscu. Dla zwierzątka jednak lepiej, że sie już tam nie pojawiło.
Pierworodny znalazł sobie nową ulubioną zabawę w piaskownicy. Chodzi po jej obrzeżach, tam gdzie zwykle wszyscy babki stawiają. Kiedyś chciałam policzyć ile takich kółek zrobi, ale po dziesiątym okrążeniu się poddałam. Gdy jakaś mama siedzi akurat na drodze tego dziwnego Czarusiowego spaceru, pierworodny kładzie jej rękę na plecach i delikatnie spycha wgłąb piaskownicy by wstała i nie tarasowała przejścia. Na początku trochę mi głupio było, że Cezary rządzi się jak u siebie, ale na szczęście inne mamy podchodzą do całej sytuacji z humorem i wyrozumiałością. Aha, gdy jakieś dziecko bawi się na obrzeżu piaskownicy to Cezary po prostu się zatrzymuje i po chwili dziecko ustepuje przejścia, zupełnie jakby między nimi miał miejsce jakiś telepatyczny przekaz.

************************************************************
Zanotowano:
Wegerka i Cezary idą do osiedlowego sklepu po chlebek. Przed przejściem przez uliczkę parkingową jak zawsze Wegerka prosi Cezarego by się zatrzymał co też ten robi.
Wegerka: Czaruś popatrz, czy jedzie samochód?
Czaruś: Tak
Wegerka patrzy lecz owy samochód to jakiś niewidzialny chyba, ale co się będzie z dzieckiem wykłucać.
Wegerka: Dobrze, więc czekamy, aż przejedzie.
Po chwili.
Wegerka: Czy samochód juz przejechał?
Cezary: Tak
Wegerka: Czy teraz jedzie jakiś samochód?
Cezary: Nie
Wegerka: Możemy teraz przejść?
Cezary: Tiak
No więc Cezary Wegerkę za rękę i ruszyli. Tylko świadkowie owej sceny dalej się za nimi uśmiechali.

**************************************************************

wtorek, 17 czerwca 2008

Jak ryba w wodzie

Od dłuższego czasu zastanawiam się... O ile w ciągu tygodnia place zabaw na moim osiedlu tętnią życiem, o tyle w weekendy świecą pustkami. Logicznie romumując w sobotę czy niedzielę małych dzieci na placu powinno być więcej niż w dzień powszedni bo przecież żłobki i przedszkola są pozamykane...Nie żeby mi jakoś specjalnie przeszkadzał fakt, że najczęściej Czaro ma cały plac zabaw tylko dla siebie. Przynajmniej huśtawki zawsze wolne i kolejki na zjeżdżalnie brak. Tylko zastanawiam się, co tak naprawdę rodzice robią ze swoimi pociechami. Oczywiście wyjeżdżają na wycieczkę, działkę, do rodziny, na piknik, festyn itp. Przecież i my często gdzieś jeździmy. Ale żeby tak wszyscy i zawsze w każdy weekend? Jakoś w to nie wierzę...Zresztą wystarczy zobaczyć jak w sobotę czy niedzielę wyglądają centra handlowe, pełne dzieci. Ja rozumiem, że rodzice zakupy zrobić muszą, przecież my też nie zawsze mamy możliwość pojechać bez Czaro. Ale jak wiadomo zakupy robi się co najwyżej kilka godzin, więc choć na godzinkę czy dwie można z dzieckiem na dwór wyjść, bo podróż samochodem to nie spacer. Siedzenie przed telewizorem po powrocie z C.H. również nie jest dla dziecka sposobem na rozładowanie nadmiaru energi, której jak wiadomo maluchy mają ogromne pokłady. Zresztą po co ja to piszę, przecież wszyscy o tym wiedzą...
Cezary na dworzu czuje się jak ryba w wodzie. Już dawno pierworodny doszedł do wniosku, że powolne spacery są dla emerytów a w średnim tempie poruszają się rodzice. On zaś musi biec, jakby go rozpędzone stado bizonów goniło, a zatrzymanie się wcześniej niż przed punktem docelowym jest niewykonalne. A punkty docelowe bywają różne, bo przecież wszystkie kwiatki trzeba dotknąć, sprawdzić czy ładnie pachną czy listki od wczoraj urosły, zerwać co nieco do wiaderka gdy mama pozwoli. Obowiązkowo trzeba też nakarmić kaczki (w slangu pierworodnego "kaka"),a w ogóle to przed wyjściem z domu upewnić się, że mama zabrała odpowiedni prowiant i sprawdzić samemu czy na pewno się nadaje.
Ostatnim wielkim odkryciem Cezarego jest mikroświat. Dżdżownice, pająki, żuki, mrówki, tudzież inne robactwo stało się niezwykle fascynującym obiektem do obserwacji. I tak, gdy inne dzieci bawią się w piaskownicy, Czaro na kolanach śledzi losy wędrówki małego żyjątka póki nie straci go z oczu. Na szczęście pierworodny jest pojętnym dzieckiem i szybko przyswoił sobie, że nie wolno owadów wgniatać paluchem w chodnik, wąchać ani sprawdzać czy nadają się do jedzenia.
Zabawa, którą Czaro sobie wymyślił, żeby zjazd ze zjeżdżalni był ciekawszy, jest praktykowana przez coraz większą liczbę dzieci, przez co nieraz dochodzi do nieporozumień, a także tworzą się kolejki do zjazdu. Ale o tym innym razem...


wtorek, 10 czerwca 2008

Synu kurzu i wiatru Tumanie!

Cezary dalej uwielbia zabawę polegającą na "kradzieży" babcinego szlafroka i skakaniu w nim z różnych mebli, a gdy tak biegnie w nim z prędkością światła przez korytarz wygląda jak mały nietoperz.



Kolejne dziwactwo Cezarego jest związane z wieczornym zasypaniem. Otóż zdarza się czasem, że zamiast grzecznie przykryć się kołderką, mój mały królewicz wyrzuca ją i poduszkę z łóżeczka, podnosi materac wraz z prześcieradłem, kładzie się na stelażu łóżka po czym przykrywa materacem. Wątpię by było mu wygodnie, gdyż po kilku minutach wszystko z powrotem wraca do normy i Czaro domaga się, by podać mu z powrotem kołderkę...Ot tak po prostu...
Dzień dziecka co prawda już był, ale Czaro dopiero niedawno dostał swój prezent. Pierwotnie miał być to konik na biegunach a skończyło się na garażu, który z mężykiem składaliśmy, gdy pierworodnego zmożył słodki sen. Jednak gdy nasze dziecię wstało, zobaczyło ów cud, nacieszyło nim oczy, przetestowało czy sprzęt odpowiedni dla jego pojazdów, zabrało się za rozkładanie misternej konstrukcji na czynniki pierwsze i oglądaniu każdego elementu z osobna. Jak widać dopiero po przejściu odpowiedniej kontroli małych rączek, garaż może być w pełni sprawny i dopuszczony do użytku codziennego.




Jak wiadomo powszechnie, rodzice by zachować pełnię władz umysłowych muszą czasem od kochanej pociechy odpocząć. Wszak jako rodzina żyjemy nie tylko dla dziecka ale też dla siebie samych, a i dziecko powinno mieć możliwość choć kilkugodzinnego zatęsknienia za rodzicielami. Tak więc w niedzielę mieliśmy z mężykiem okazję do spędzenia czasu tylko we dwoje, zaś Czaro został ze swoimi dziadkami, z którymi zresztą mieszkamy.
Wybraliśmy się na Międzynarodowy Piknik Lotniczy w Góraszce. Korek od samej stolicy niebotycznych rozmiarów (na powrocie lepiej bo jechaliśmy inną drogą). Pierwszy raz oglądaliśmy takie widowisko. Te wszystkie akrobacje w powietrzu, dźwięki wydawane przez różne samoloty czy helikoptery są nie do opisania. Nie sądziłam, że takie akrobacje na tak niskiej jak na samolot wysokości, da się w powietrzu w ogóle wykonać. Naprawdę podziwiam tych pilotów. A tak swoją drogą, ciekawe czy owych pilotów pozbawiają w jakiś magiczny sposób instynktu samozachowawczego, bo jeśli nie, to chylę czoła.
Zapewne nie uwierzycie w moją głupotę ale bez bicia sie przyznam. Próbowałam naszą cudowną cyfrówką, która to nawet stabilizatora obrazu nie posiada, sfotografować przelatującego z prędkością 700km/h MiGa. Dobre co? Oczywiście na zdjęciu pozostały mi tylko chmury...Na szczęście z innymi samolotami było lepiej. Nawet posiadam filmik http://wegerka.wrzuta.pl/film/dnVkgLWYe2/


Oczywiście jak to bywa w takich miejscach kupić można mnóstwo różnych pierduł. Co prawda my z mężykiem już jesteśmy za starzy na takie rzeczy, więc to nieobecny na imprezie Czaro stał się właścicielem dmuchanego BOEINGA 747 oraz nakręcanej czarnej myszy.

wtorek, 3 czerwca 2008

Wielbiciel fauny i flory...

Gdy Cezary pierwszy raz był w ZOO kopał mnie jeszcze od środka i z brzucha dobiegały do niego jedynie co niektóre odgłosy zwierząt. Z roku na rok jest jednak coraz lepiej, bo pierworodny starszy i bardziej rozumny. W tym roku również wybraliśmy się podziwiać zwierzątka. Pomimo niezliczonej ilości pikników i festynów w stolicy z okazji dziecięcego święta ten sposób spędzenia całego dnia wydał nam się najbardziej interesujący i odpowiedni do wieku pierworodnego, który na wiele atrakcji jest jeszcze po prostu za mały.
W ZOO Czaro czuł się jak ryba w wodzie. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, iż z powodu upału wiele zwierząt pochowało się w swoich kryjówkach. Największym zainteresowaniem pierworodnego cieszyły się słonie, małpy, pingwiny, pelikany, flamingi, kaczki oraz akwaria z rybkami. Dodatkową atrakcją stały się przelatujące co chwila samoloty, których każdy lot był uważnie śledzony przez oczy i palce Czarusia.
Od czasu święta mamusi, kochany synek, ma zwyczaj zrywania oglądanych przez siebie kwiatków i obdarowywania nimi rodzicieli. Cudowny zwyczaj stał się trochę meczący, gdyż nasza pociecha zatrzymuje się przy wszystkich koniczynkach, stokrotkach i tym podobnych małych wynalazkach, sprawiając tym samym, że przebycie stu metrów drogi trwa całe wieki. Kto wie, może mały botanik za kilka tygodni zamieni sie w małego rajdowca i trzeba bedzie za nim biegać a ja zostanę mistrzynią w biegach na sto metrów?
Nie lada atrakcją dla dzieci są place zabaw na terenie ogrodu zoologicznego. Czaro swoim małym rozumkiem nie był w stanie zrozumieć dlaczego ma się bawić na placu dla najmłodszych milusińskich skoro najciekawsza jego zdaniem była największa zjeżdżalnia dla starszych. A że Czaro jest szczęśliwym posiadaczem super tatusia więc dostąpił zaszczytu wspinania się tam, gdzie najwyżej. Sam malutki pośród tylu starszych dzieciaków, mimo stałej asekuracji tatusia wyglądał jak mały kamikadze.
Jak wiadomo powszechnie, w dniu swojego święta dzieci dostają prezenty, więc Czaro został właścicielem mini zoo, składającego się z kilku małych figurek zwierząt i większego krokodyla. Najbardziej żal mi chyba figurki tygrysa, którego pierworodny bezustannie gryzie i żyrafy której wykrzywia nogi by zechciała łaskawie na nich stać. Największe względy przypadły jednak krokodylowi, z którym Czaro podzielił się wczoraj swoim ciastkiem z truskawkami, wpychając mu ile się go tylko da w otwartą paszczę.









Wczoraj wieczorem wyjechaliśmy do teściów na wieś. Dziś brat mężyka, a przyszły chrzestny Czarusia ma bierzmowanie.
Pierworodny jest przeszczęśliwy, że znowu może podziwiać krówki, świnki oraz jeździć na quadzie. Co prawda był troszkę niepocieszony, że cielaczek nie chciał jeść mu z ręki zrywanej specjalnie dla niego trawy, ale szybko mu przeszło.
Dziecięce święto również dla mnie było owocne, bo stałam się szczęśliwą posiadaczką sprawnego laptopa:-)