wtorek, 27 maja 2008

Twórczo i malowniczo...

Co dzień rano, uszy moje odbierają okrzyk wojenny w wykonaniu pierworodnego, oznaczający, że nadeszla pora by wstać i dać mu jeść. W Dzień Matki, żeby było oryginalniej, Cezary postanowił poza wydawaniem z siebie pisku, rozebrać się do naga i nasikać do łóżeczka oraz na dywan. I tak też uczynił zanim do zaspanej rodzicielki dotarło, co jest grane. Jak to mówią, pesymiści widzą szklankę z wodą do połowy pustą a optymiści do połowy pelną. Postanowiłam w ten wyjątkowy dzień być w tej grugiej grupie i ucieszyłam się, że przynajmniej kupki nie zrobił, jak kiedyś, gdy wstał z nocnika i narobił na dywan. Żeby nie było, że dziecinka dla mamusi niedobra to od razu wspomnę, że na popołudniowym spacerku Czaruś sam z siebie zerwał stokrotkę i podarował wzruszonej rodzicielce. Nie sądziłam, że taki z niego dżentelmen rośnie.
Byliśmy też razem na lodach w pobliskim centrum handlowym. Jeżeli chodzi o C.H., to każde z nas ma swoje priorytety. Dla mnie jest to najczęściej kwestia kupienia jak najszybciej czegoś niezbędnego i ewakuowania się jak najdalej, zaś pierworodny ma odmienne cele związane z pobytem w owym miejscu. Żeby więc wilk był syty i owca cała, poza zakupami oglądamy: jeżdżących na łyżwach ludzi na lodowisku, podziwiamy fontanny i kaskady, jeździmy ruchomymi schodami w górę i w dół, oglądamy w sklepie zoologicznym króliki i akwaria z rybkami oraz omijamy szerokim łukiem Smyk.




Wczoraj mieliśmy z Czaro okazję obserwować na placu zabaw niecodzienne wydarzenie, jakim była wymiana piasku w piaskownicy. Robią to raz albo dwa razy w roku i jakoś nie mieliśmy okazji widzieć tego wcześniej. Zresztą nie tylko my. Sądząc po wyrazie eufori i zainteresowaniu na twarzy dzieci i opiekunów, a także skupieniu w jakim wszyscy oglądali ów proceder zabrakło tylko coli i popcornu.



Co do placu zabaw, ulubionym zajęciem pierworodnego jest turlanie z wysoka małych kubeczków lub foremek przed zjazdem ze zjeżdżalni oraz bujanie na huśtawce, na której potrafi nawet zasnąć.
Ostatnimi czasy Cezary poświęca sporo czasu na zabawy z piłką, która do tej pory tylko porastała w kącie coraz większą warstwą kurzu. Kopać się nauczył, ale zdecydowanie bardziej woli rzucać. Staje z piłką na swoim krzesełku i szuka potencjalnej ofiary, do której rzuca piłkę i która będzie koniecznie z powrotem odrzucać w małe rączki. Już z doswiadczenia Cezary wie, że piłka rzucona w leżącego psa-starą suczkę nie wraca do niego z powrotem i powoduje jedynie warczenie czworonoga, zaś owa piłka podana do młodego psa płci męskiej znika wraz z psem i ciężko ja potem odzyskać.
Poza zabawami z piłką, pierworodny doskonali trudną sztukę skakania i podskakiwania. O ile to drugie nie jest obarczone dużym ryzykiem urazu, o tyle to pierwsze owszem. W ten o to sposób Czaro stał się właścicielem dwóch sporych guzów na czole. Pierwszy był wynikiem zderzenia ze ścianą, zaś drugi z tatą. Bo niby skąd śpiący na wersalce tatuś miał wiedzieć, że z samego szczytu skacze na niego pierworodny. Cóż nie wiedział, dlatego został posiadaczem podbitego oka.
Niepokojący w tym wszystkim jest fakt, że do pierworodnego nie dotarło jeszcze, że małe dzieci nie latają w pelerynie, jak Sam Sam w bajce na MiniMini. Stąd pewnie to zabieranie z łazienki babcinego szlafroka i skakanie w nim z wersalki jak najdalej. Cud, że jeszcze nóg nie połamał.


Czaro na szczęście potrafi się też długo bawić siedząc na krzesełku i lepić jakieś dziwne wynalazki z masy solnej przy użyciu różnych przedmiotów. Nie zapomina przy tym co jakiś czas sprawdzić, czy ciasto wyrobione przez rodzicielkę jest wystarczająco słone.

W długi weekend, wraz z mężykiem zabraliśmy się za remont pokoju i odnawianie ścian. Pierworodnym w tym czasie zajmowała się babcia. Obawiałam się, czy z powodu zdjęcia drzwi od pokoju Cezary nie będzie chciał nam towarzyszyć. Na szczęście okazało się że rodziciele wysmarowani farbą, wszechobecny bałagan i kurz to nie jest to co tygryski lubią najbardziej i synek zdecydowanie wolał przebywać w sypialni do której oddelegowane zostały jego zabawki. Czyścioch jeden.

Po częstotliwości postów można się domyślać, że komputer osobisty to coś co bym bardzo chciała znów posiadać. Gdy tylko mam możliwość to zaglądam do Was drogie blogowiczki. Buziole!

sobota, 10 maja 2008

Dziwactwa różnorakie...

Czaruś poznając świat interpretuje go po swojemu, po dziecięcemu. Nie wszystkie działania pierworodnego są dla mnie zrozumiałe, ale muszę przyznać, że rządzą się one własną logiką. Gdy Czaro się z kimś żegna, macha rączką pa pa. Ale jak się okazuje, syn wychodzi z założenia, że żegnać się można nie tylko z każdym ale i ze wszystkim. I tak macha rączką na windę, którą przed chwilą jechał (robi to dopóki owa nie odjedzie-bywa to nieraz problematyczne), na kaczuszki i kwiatki, które przed chwila oglądał, na gołębie, na przejeżdżający ulicą autobus, na prawie każdy samochód stojący lub jadący, żegna się z dziećmi na placu zabaw, ze zjeżdżalnią, piaskownicą itd, itd, długo by wymieniać. Czasem się zastanawiam czy od tego ciągłego machania nie boli go ręka.
Pierworodny jest też porządnicki. Od dawna już po wypiciu picia wrzuca pustą butelkę do zlewu. Tylko zrozumieć ciągle nie mogę, czemu dodaje do tego usługę gratis, w postaci wciskania do srodka butelki smoczka. Irytujące.
W środę byliśmy na szczepieniu. Jak to się nieraz zdarza, do pani doktor weszliśmy o godzinę później niż byliśmy umówieni. Ja czekania miałam juz sredecznie dość, zaś Czaro jeszcze się trzymał. Dostał naklejkę dzielny pacjent, którą w czasie badania z dumą przykleił sobie na goły brzuszek, z czego nie tylko ja się śmiałam. W gabinecie szczepień pierworodny zaprezentował paniom taniec z elementami stepowania wykonany na stanowisku do przebierania dzieci, za co dostał brawa a potem zastrzyk w nóżkę. Chyba nie był za bardzo zadowolony z takiej nagrody bo natychmiast zaczął machać raczką pa pa, może się obraził?
Mój laptop dalej czeka na przeszczep, bo organ, zwany dalej płytą główną, jest obecnie nieosiągalny w cenie, która nie spowodowałaby dla odmiany mojego zgonu. A to pech...

czwartek, 8 maja 2008

Trochę zmian...

Używanie czyjegoś komputera to dla mnie jak kąpiel w cudzej wannie. Niby woda ciepła leci, zbiornik nie przecieka, ale to nie to...Już mnie powolutku sytuacja zaczyna irytować, choć niewielki mam na nią wpływ. Muszę czekać...jak ta wierna Penelopa.
Czaruś nie dostał się do żłobka. W sumie to jakim niby cudem miało się znależć dla niego miejsce (w stolicy brkauje ich dla ok.2 tyś dzieciaków), skoro ja nie pracuję a pracy nie mogę podjąć, jeśli Czaro nie przyjmą, bo nie mam go z kim zostawić. Błędne koło.
Postanowiłam jednak, że muszę parę groszy zarobić, choćby na waciki bo innaczej mi odbije. I tak od niedawna razem z Czaro pracujemy. Jeździmy autobusem ok. 2 razy w tygodniu by opiekować się roczną dziewczynką, spedzamy razem praktycznie cały dzień, chodzimy razem na spacerki a po południu odbieramy jeszcze jej starszą 4 letnią siostrzyczkę z przedszkola. Czaruś jest naprawdę dzielny, więc część zarobionych pieniążków przeznaczam na zabawki dla pierworodnego. W końcu jest wspólnikiem:-)
Zdjęcia nowe posiadam, tylko wrzucić nie mam jak, więc kiedyś tam...
A tak poza tym ,to odwiedziłam dentystę. Już dawno powinnam to zrobić. Za całkiem niezłą sumkę dałam sobie usunąć górną ósemkę nikogo przy tym nie kopiąc i nie gryząc. Doktorek się nawet zapytał czy telewizor nie gra za głośno, jakby to miało mi ulżyć. Wrrr... jak ja tego nie cierpię....

sobota, 3 maja 2008

Dziecięca dżungla zwana potocznie piaskownicą

Jak przystało na małego obywatela świata, Cezary dorastając zmienia swoje upodobania związane z przebywaniem na dworzu. Kiedyś mógł pokonywać kilometry, jadąc niczym król w swojej czterokołowej gablocie i rozsyłać uśmiechy mijanym po drodze staruszkom. Teraz zaś owa gablota, w opinni pierworodnego, służy głównie do przewożenia różnorakiego sprzętu "budowlanego", który w przypadku jej braku na spacerze musi być niesiony przez samego bydowniczego. Bowiem od czasu, gdy śniegi stopniały, słonko mocniej grzeje a ptaki powróciły z ciepłych krajów, Cezary, osiągnąwszy zdaniem rodzicielki odpowiedni wiek, stał się pełnoprawnym członkiem dzieciecej dżungli, zwanej potocznie piaskownicą czy placem zabaw. Jak wiadomo zabawa na placu, w towarzystwie innych małoletnich i ich rodziców, rządzi się swoimi prawami i regułami, które nie zawsze są jasne dla mnie, a co dopiero dla Cezarego. Tak więc uczymy się oboje.
Na pierwszym etapie obcowania w piaskownicy, Cezary skupiał się wyłącznie na sobie, całkowicie ignorując otoczenie. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, że od czasu do czasu został przez jakąś dziecinę obsypany piachem. W dugim etapie pierworodny zaczął zauważać otoczenie i obserwować co się wokół niego dzieje. Sam spokojny i opanowany nieraz wydawał się zdziwiony zachowaniem innych dzieci. W następnym etapie pierworodny zaczął wchodzić w przeróżnego rodzaju interakcje z innymi małymi obywatelami i tu bywa różnie. Jak to w telenoweli trochę miłość i szczypta nienawiści. Czaruś dostał pierwszego w życiu buziaka od dziewczyny, czym był nie mniej zdziwiony niż ja. A jak to zwykle za pierwszym razem bywa, dziewczynka była troszkę starsza, w doswiadczenie nie wnikałam, a buziak był formą przeprosin za obsypanie piachem. Czaruś ma też za sobą pierwszą kłótnię z płcią przeciwną. Powodem sprzeczki stało się pierwszeństwo na zjeżdżalni. Jednocześnie przy schodach zjawił się Czaro i niewiele młodsza od niego dziewczynka. Pierworodny nieobyty jak należy się obchodzić z dziewczynami stał jak kołek. Panienka okazała się być rezolutna i nie czekając na reakcję Cezarego, postanowiła walczyć o swoje pierwszeństwo, popychając go. Syn przyjął tę niespodziewaną agresję po męsku i nie dał nic po sobie poznać. Gdy zaś dziewczę przystąpiło do ataku po raz drugi, Cezary chwycił ją za rękę i ugryzł!, na co poszkodowana włączyła syrenę alarmową. Może nie powinnam, ale byłam z niego dumna...