sobota, 29 grudnia 2007

Po Świętach....

Wigilię spędziliśmy z moimi rodzicami i dziadkami. Była też moja siostra i jej chłopak. Ogólnie bardzo miło i przyjemnie:-) Pierworodny zajadał się czerwonym barszczykiem z talerza mamy (maczając przy okazji w nim swój chlebek), pierożkami domowej roboty z kapustą i grzybami oraz rybą po grecku. Pradziadkowie nie mogli się nadziwić, że Czaruś tak długo i grzecznie siedzi przy stole i je ze swojego talerzyka, aż mu się uszy trzęsą. No cóż...w jedzeniu to on jest naprawdę niezły:-). Synek dostał mnóstwo prezentów, więc po uroczystej kolacji zajął się nowymi zabawkami. Jak to się dzieje, że zabawki dziecięce cieszą nie tylko dziecko, ale także dorosłych? Resztę świąt spędziliśmy u teściów. Wróciliśmy dopiero przedwczoraj.
Dzisiaj notka bardzo krótka, bo czasu brak. Od jutra zabieram się za odwiedzanie Waszych blogów. Poniżej kilka zdjęć z Wigilii:-),
a jako że wielkimi krokami zbliża się Sylwester życzę Wam:

12 miesięcy zdrowia
53 tygodnie szczęscia
8760 godzin wytrwałości
525600 minut pogody ducha
i 31536000 sekund miłości
w nadchodzącym NOWYM ROKU !!!










czwartek, 20 grudnia 2007

Życzenia Świąteczne



Życzę Wam z całego serca cudownych Świąt Bożego Narodzenia!!!
Świąt białych, pachnących choinką,
skrzypiących śniegiem pod butami,
spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze,
pełnych niespodziewanych prezentów:-)
Świąt dających radość i odpoczynek,
oraz nadzieję na Nowy Rok,
żeby był jeszcze lepszy niż ten, co właśnie mija!!!

Laura i Czaruś

wtorek, 18 grudnia 2007

Przedświąteczna łobuzerka:-)))

Świąteczny szał w rodzinie nie wystąpił. Raczej spokojnie, powolutku się przygotowujemy:-) Kilka prezentów już kupionych, zakupy częściowo też zrobione. Czaruś na pewno dostanie od Mikołaja gigantyczną śmieciarkę!!!, bo takowa w wielkim pudle została w mieszkaniu zakamuflowana tak, by pierworodny nie wywęszył:-)
Czaruś w swojej "łobuzerce" osiąga coraz to lepsze wyniki. Dzisiaj gdy rozmawiałam z mężem przez telefon synek jak zwykle próbował zabrać mi słuchawkę. Normą powoli się staje, że przez telefon rozmawiamy we dwoje: ja po dorosłemu, a Czaruś po czarusiowemu, co chwila zabierając sobie telefon. Rozmówca raczej jest zdezorientowany:-) Ale do rzeczy. Kiedy po skończonej rozmowie z mężem odłożyłam telefon, pierworodny postanowił, że nie koniec z rozmową. Zdjął słuchawkę telefonu, przyłożył do ucha, a gdy zamiast głosu kochanego tatusia usłyszał bip bip bip bardzo się zdenerwował. Nie zdążyłam podbiec, gdy Czaro z szybkością błyskawicy odwrócił się na pięcie i z prawdziwie koszykarskim zamachem wrzucił słuchawkę do zlewu! Naczynia przeżyły, za to telefon się trochę zbuntował - 0 i 7 postanowiły z zemsty działać jak chcą. Ehhh....
Dawno nie zamieszczałam żadnych zdjęć pierworodnego. Ale nadrabiam:-) Te z kotem zostały zrobione ostatnio u teściów, zaś te z "kradzieży" chleba z kuchni w naszym domku. Pozdrawiam czytajacych i komentujących w tym, jakże przemiłym, przedświątecznym czasie!!!Buziole
Piosenka na dziś to: Dean Martin "Sway"





piątek, 14 grudnia 2007

Trochę katarkowo ale nie gorączkowo:-)

Katarek Czarusia pomimo wszelakich, odprawianych nań uroków trzyma się nadal:-( Co prawda wyglada na to, że powoli słabnie zaś pokasływanie dało za wygraną i poszło straszyć gdzie indziej. Gorączki nie ma i nie było na szczęście:-) Wszystko wyglada na to, że prawdopodobnie była to reakcja na szczepionkę. Do pediatry mielśmy iść dzisiaj ale odpuściłam. Po co zabierać pierworodnego do przychodni pełnej chorych dzieci, skoro wszystko wskazuje na to, że już prawie po wszystkim? Na spacerki zaczniemy wychodzić jak katarek ustanie całkowicie, tak bez kuszenia losu, bo pogoda za oknem paskudna. Bardzo pomocny w kuracji synka okazał się sok domowej roboty z żurawiny- kto by pomyślał:-)
A tak a propo gorączki - Czy poza mną znajdzie się jeszcze ktoś, kogo jak do tej pory szał świątecznych zakupów, prezentów i tym podobnych choinek jeszcze nie dotknął lub omija szerokim łukiem?
Ja dla odmiany korzystam z nadarzajacych się okazji "świętego spokoju" i czytam książkę. Po przeczytaniu 6 i 7 tomu słynnej sagi o H.Potterze (nie śmiejcie się:-)) przyszła pora na "Tańczącego Trumniarza" Jeffrey'a Deaver'a. Swoją drogą bardzo lubię powieści tego autora, wiec zmykam do czytania. Jak ktoś jest chętny do lekturki, to mogę przesłać ebooka. Pozdrawiam Was gorąco i dziekuję za komentarze:-)))
Piosenka na dziś to: Gabrielle"Rise"

wtorek, 11 grudnia 2007

Katarek :-(

Od niedzieli jesteśmy u teściów na wsi. Do stolicy będziemy wracać jutro popołudniu:-). Niestety od niedzielnego wieczorka Czaruś ma katar:-( Cieknie mu z nosa jak z kranu, ledwo z chusteczkami za nim nadążam. Podaję mu kropelki do noska. Wczoraj katar był żółty a dzisiaj jest już przeźroczysty. Nie wiem tylko, czy to reakcja na szczepionkę czy też pierworodny zamierza się rozchorować na święta:-( Pamiętam, że mój tata, który się szczepi co roku we wrześniu, w tym roku po szczepionce dostał prawie 40 stopniowej gorączki.Od wczoraj nie wychodzimy na spacerki, żeby go dodatkowo nie zawiało:-( Poza katarkiem Czaruś czuje się dobrze, nie ma żadnej gorączki ani kaszlu,więc może nam się upiecze:-)Jedynie trudniej mu się w nocy oddycha przez ten zatkany nos, przez co śpi niespokojnie a my w nocy wstajemy i wycieramy mu te smarki:-)Ehhh....
Wracając do tematu teściów-no cóż.....Teść jest do rany przyłóż facet, bardzo go lubię, zaś teściowa...szkoda gadać. Zresztą temat synowych narzekających na swoje teściowe jest chyba stary jak świat i nie czuję się tutaj wyjątkiem:-). W teściowej cenię jej pracowitość, to, że ma jakieś własne zasady życiowe, których w większośći kompletnie nie rozumiem, ale przecież nie muszę. Co mnie zatem w Jej osobie drażni? Ano ciągłe wrzaski na domowników-jakby nie można było tak normalnie powiedzieć o co chodzi, wiecznie zły chumor-wygląda najczęściej jak chmura gradowa a uśmiecha się głównie do sąsiadów-chyba po to,żeby na wsi dobre wrażenie robić. Ja to sobie już dawno odpuściłam jakieś bliższe relacje między nami, bo dla niej już chyba na zawsze pozostałam "paniusią ze stolicy"- a znamy się już ponad 6lat! Pytanie w czym zatem problem? Ano w tym, że jest babcią maszego kochanego Czarusia i chciałbym, żeby ze swoim jedynym wnukiem miała jak najlepsze relacje i żeby Czaruś jak podrośnie z radością jechał do kochanej babci na wieś. Jak narazie pozostaje to tylko w sferze moich dobrych chęci. Nigdy nie nastawiałam synka przeciwko teściowej i nigdy nie zamierzam tego robić! Wręcz przeciwnie-staram się zachęcić Czarusia do kontaktów i zabaw z babcią. Efekt-żaden. Czaruś za babcią nie przepada. a mówiąć dosadniej-wyrywa się i ucieka od niej,gdy ta chce go przytulić lub choćby zbliża się do niego. Zastanawiałam się skąd ta niechęć u pierworodnego?Przecież do teścia i brata męża biegnie, przytula się, bawi, przynosi swoje książeczki do czytania...No cóż, wywnioskowałam swoim rozumkiem, że to musi być wina charakteru teściowej a jak wszyscy wiemy małe dzieci "wyczuwają ludzi".. U nas w domu nikt nie krzyczy, a jak teściowa wpada w furii do pokoju i daje głos to Czaruś aż się kuli w sobie i przytula do mnie, jakbym go miała przed babcią obronić. A jak teściowa póżniej woła Czarusia dziecinnym głosem to synek nie chce podejść, zupełnie jakby wyczuwał sztuczość w głosie. Pierworodny jest jeszcze za mały, żebym mogła mu wytłumaczyć, że babcia Go bardzo kocha, że te wrzaski nie są wcale do Niego, że babci jest przykro, gdy od niej ucieka. Pozostaje tylko czekać, w końcu nic na siłę. Oczywiście nie muszę dodawać, że dostrzegam w oczach teściowej pretensję, że to "paniusia z warszawy" winna jest temu wszystkiemu. Ehh.... wygadałam się i zrobiło mi się lepiej:-) Pozdrawiam i dziękuję za Wasze komentarze!!!

sobota, 8 grudnia 2007

Szczepienie

Wczoraj byłam z Czarusiem na szczepieniu przeciw grypie. A dokładniej na drugiej dawce tego szczepienia, bo za pierwszym razem podaje się dwie w odstępie miesięcznym. W przychodni Czaruś okazał się być najbardziej ruchliwym, gadatliwym i ciekawskim spośród małych pacjentów. Musiał wszystkiego dotknąć, wszędzie wsadzić paluszki, zobaczyć wszystkie zabawki, ulotki, obrazki i po swojemu skomentować. Nadreptałam się za nim, nie ma co. Jeden chłopiec chciał się pobawić samochodzikiem, który Czaro trzymał w ręku. Pierworodny tylko spojżał na śmiałka, zawinął się na pięcie i podszedł do 4letniej dziewczynki,po czym z uśmiechem wręczył jej pojazd. Oczywiście tylko na chwilkę, bo zaraz zaczął domagać się zwrotu.Na koniec tym samym samochodzikiem, po swojemu kręcąc młynki, uderzył się lekko w buźkę. Mimo tego nie wypuszczał go z rąk ehhh... Szczepienie na szczęście przebiegało bezproblemowo i Czaruś prawie w ogóle nie płakał. W przychodni spędziliśmy w sumie ponad godzinę, a wracając do domu synuś zasnął w wózku.
Aha nie pochwaliłam się Wam. Mam wreszcie tę kartę do bankomatu:-)))

czwartek, 6 grudnia 2007

Mikołajkowo

Dzisiaj jak wiadomo MIKOŁAJKI. Czaruś część prezentów dostał wczoraj, więc mikołajkowo było w sumie przez 2 dni:-). Babia Jolcia kupiła wnusiowi super wielki worek klocków. Gdy pierworodny wstał rano i zobaczył te klocki to aż buźkę otworzył, przysiadł z wrażenia i złożył rączki. Zamroczyło go na dobre kilka sekund....a później to już szaleństwo!!!
Pojechaliśmy po południu z Czarusiem do IKEI i pierworodny dostał kolejne dwie zabawki. O dziwo jest to jedyny duży sklep, w którym Czaruś jest nieziemsko grzeczny i zadziwia tym wszystkich w koło, włącznie z rodzicami:-). No a dzisiaj "kumple Mikołaja" częstowali go ciasteczkami korzennymi, więc jak tu narzekać...
Wracając do tematu smoczka to....Czaruś już nie używa takiego sprzętu!!!!:-))))) Definitywne rozstanie nastąpiło w dniu, w którym pierworodny skończył 15 miesięcy. Nowego nie kupiłam, a tego kauczukowego schowałam do szuflady. Pierwszej nocy bez moniusia usypianie trwało aż 45 nim. Czarusiowi wyraźnie go brakowało, wiercił się, próbował gryźć moje palce, które delikatnie zabierałam z jego buzi i trzymałam go, jak co noc, dzielnie za rączkę. Udało się. Następna noc - zasypiał 30 min, mało się wiercił i nie wkładał mojej ręki do buzi. A dzisiaj? Usypianie trwało 20 nim i w przebiegu nie różniło się niczym od tego wcześniejszego ze smoczkiem. Jeszcze kilka dni i mam nadzieję, że znowu zacznie zasypiać w 10-15nim. Dumna jestem z pierworodnego! Rany, gdybym wiedziała, że tak gładko to pójdzie, to bym się zdecydowała na ten krok wcześniej. Dziękuję Wam dziewczyny za rady.Buziole!!!










poniedziałek, 3 grudnia 2007

Moniuś

Dawno nie pisałam na blogu bo.....się zaczytałam:-). Pochłonęłam jedną pokaźną książkę, potem drugą i tak minął tydzień. Wczoraj wróciliśmy do stolicy po weekendowym pobycie u teściów. Gdy po powrocie kąpaliśmy Czarusia okazało się, że jego moniuś-smoczek nie przyjechał razem z nami. Został u teściów. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Czarus "używa" smoczka tylko do zasypiania, więc widocznie zapomniałam go wyjąć z jego łóżeczka turystycznego.Trudno. Zastanawiałam się, jak synek zaśnie bez silikonowego przyjaciela. Mieliśmy w domu smoczek kauczukowy, który kiedyś kupiła przez pomyłkę moja mama a którego Czaruś nie chciał ssać. Postanowiliśmy się nim poratować.Synek oczywiście nie był najszczęśliwszy z tej zamiany, żuł smoczek, na przemian z wypluwaniem i ponowynym wkładaniem do buźki ale w końcu zasnął. Zajęło to o wiele wiecej czasu niż zazwyczaj. Teraz zastanawiam się co zrobić. Czaruś jutro skończy 15 miesięcy, więc może to już czas na pozbycie się smoka na dobre? Z drugiej strony zasypia bez niego tylko na spacerze i w samochodzie, a w domu nie ma mowy. Sama już nie wiem, czy kupić dzisiaj nowy smoczek czy sie wstrzymać. Ehhhh...Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za Wasze komentarze:-))))

poniedziałek, 26 listopada 2007

W gościach

W sobotę mężuś miał urodzinki:-),więc trochę świętowaliśmy, trochę leniuchowaliśmy. W niedzielę odwiedziliśmy w trójkę moją bliską, licealną koleżankę Ulcię, którą Czaruś miał dopiero poznać. Na początku wizyty Cezary był nieśmiały widząc tyle nowych osób i chciał tylko do mamy na rączki. Trwało to dosłownie kilka minut, bo już po chwili czytał z ciocią Ulcią swoje ulubione bajeczki, bawił się i zaglądał do kuchni w poszukiwaniu smakołyków:-) Pierworodny należy do osób, które w gościach błyskawicznie brudzą ubranie, więc paradował w rajstopkach. Za duzo wypił i w brzuszku się nie zmieściło:-) Co prawda wzięłam ze sobą zapasowe spodenki, ale wolałam je zostawić na powrót,bo gdyby je też spotkał los poprzednich,to synek wracałby w mokrych:-)Czaruś od cioci dostał prześlicznego pluszowego misia, z którym teraz śpi w łóżeczku:-)Było super! Gdy wracalismy do domu pierworodny zasnął w samochodzie. Obudził się 3 godziny poźniej już w swoim łóżeczku.
Wieczorkiem wybraliśmy się z mężykiem do kina a Czaruś w tym czasie w domu bawił się z babcią Jolcią.
Na ostatnim zdjęciu Czaruś z ciocią, która bardzo mu się spodobała:-) Pozdrawiamy!!!!




piątek, 23 listopada 2007

Galeria

Dawno temu buszując sobie po necie trafiłam na stronę Dariusza Twardocha i co tu dużo pisać, zakochałam się. W jego malarstwie pastelowym:-). Jest ono inspirowane wierszami Leśmiana i Gałczyńskiego. Przez to jest mi szczególnie bliskie, bo ja uwielbiam wiersze Leśmiana! [kilka znam nawet na pamieć:-)))]
Malarstwo Dariusza Twardocha jest znane i podziwiane na całym świecie. Co przedstawia? Jest to malarstwo pastelowe, zbudowane z poezji, poświęcone cudowi i uważności życia, które przedstawia ujmujące dusze historie dwojga Ludzieńków.
Każdego, kogo choć trochę udało mi się zaciekawić, odsyłam do cudownej galeri, do której link na pewno bez trudu znajdziecie:-)
Napiszcie, czy Was również zachwyciła tak jak mnie:-)
Poniżej zamieszczam mój ulubiony wiersz Leśmiana, który oczarował mnie w szkole średniej i w głowie plącze się do dziś.

B. Leśmian "Dwoje ludzieńków"

Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,
O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.

Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania
Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.

Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy,
A czas ciągle upływał - bezpowrotny, jedyny.

A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie
Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

Pod jaworem - dwa łóżka, pod jaworem - dwa cienie,
Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.

I pomarli oboje, bez pieszczoty, bez grzechu,
Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.

Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,
Ale miłość umarła, już miłości nie było.

I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.

Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata
By powrócić na ziemię - lecz nie było już świata.

wtorek, 20 listopada 2007

Tygrys

"Ma tygrys powody do dumy
i cenę swą dobrze zna
bo całe ciało ma z gumy
sprężyny na dole ma
skacze, bryka i wiruje
braknie mu aż tchu
szaleje bez końca
bo widzi i czuje
że nie ma równych mu,
nie ma równych mu"

Czaruś, jak przystało na małego fana Tygryska, wiernie kibicuje swojemu bohaterowi podczas oglądania bajki o Kubusiu Puchatku. Jedyne co mnie martwi, to ćwiczenie przez pierworondego na dywanie stania na głowie oraz robienie fikołków. Ehhh.....
Poniżej kilka zdjęć Czarusia oglądajacego ulubioną bajkę:-)









niedziela, 18 listopada 2007

Wyprawa :-)

Ogólnie jestem przeciwniczką spędzania czasu z dzieckiem w hipermarketach. Nie mówię tu o sytuacjach, kiedy rodzice muszą zrobić zakupy i najnormalniej w świecie nie mają z kim zostawić swoich pociech. Ale jesli można zostawić dziecko np. pod opieką ukochanych dziadków, to po co ciągnąć je po sklepach. Dla małego dziecka to żadna atrakcja robić zakupy, stać w kolejkach, wybierać wedlinę lub makaron. Dzieci szybko sie nudzą, robią się niecierpliwe, marudzą, dodatkowo te wszystkie jaskrawe swiatła, hałas, za dużo ludzi... Nawet dla dorosłego jest to męczące. Wiec jesli nie trzeba, to po co się meczyć. Dlaczego o tym piszę? My z mężykiem nie zabieramy Czarusiana ze sobą na zakupy jeśli nie musimy. Zostawiamy go z jego ukochaną babcią Jolcią( moją mamą) a sami możemy wtedy spokojnie pochodzić po sklepach, kupić jakieś ciuchy, coś zjeść, zajrzeć do kina. Oczywiście z powodu ciągłego braku czasu, kasy i wyjazdów ma to miejsce rzadko. Do czego zmierzam? Ano wczoraj z mężykiem i moją mamą wybraliśmy się do C.H. w celu zakupu naszemu pierworodnemu bucików na zimę. Czarusia oczywiście zabraliśmy ze sobą, gdyż był niezbędnym ogniwem tej operacji:-). W czasie wybierania bucików przez mamusię Czaruś pod opieką tatusia z zamiłowaniem całował swoje odbicia w lustrach, sprawdzał z niedowierzaniem dlaczego nie ma Go z drugiej strony, jak również paluszkiem pokazywał postacie z kreskówek w telewizorze. Zrzucał też z nisko leżących kartonów wystawione na nich buty. Niecnego procederu szybko zaniechał, gdyz tatuś, chodzący za nim niczym cień, pilnował, żeby wszystkie odkładał z powrotem na miejsce, co już w opinni pierworodnego nie było takie zabawne...Poza łobuzerką, szczerzył do wszystkich swoje małe ząbki, co zawsze wywoływało entuzjazm obecnych osób.
Buciki kupiliśmy dopiero w którymś sklepie z kolei, bo albo ich cena przekraczała zdrowy rozsądek albo zwyczajnie nie było rozmiaru 21. Na koniec szybkie, małe zakupy tzw.spożywki i do domu wrócilismy ledwo żywi. Dodam jeszcze, że mężuś postanowił nie brać wózka i nosił Cezarego na baranach, co odczuwa zresztą do dzisiaj:-).
Po wieczornej kąpieli pierworodnego wybrałam się na kawuchę z koleżanką a usypianiem zajał się już meżyk.
Dzisiaj natomiast jest niedziela, dla mnie ustawowe święto lenia;-) Tak więc leniuchowaliśmy, z Czarusiem spacerowaliśmy a zaraz idziemy z mężykiem robić popcorn i ogladać film na DVD.
Pozdrawiam wszystkich i dziekuję za Wasze komentarze:-)))





czwartek, 15 listopada 2007

To jakis koszmar...

Czy takie trudne jest dostanie nowej kraty do bankomatu, gdy stara straci ważność? Tak naprawdę to bardzo proste, bo przecież wysyłają je automatycznie. Jak się jednak okazuje w moim przypaku to się nie sprawdziło:-( Ale zacznę od początku. Moja nowa karta nie przyszła. Czekam, czekam, w skrzynce na listy tylko kurz,więc dzwonię. Dowiaduję się telefonicznie, że karta została wysłana, odpowiadam, że raczej nie bo jej nie mam.Sprawdzanie danych itp. Po kilku chwilach okazało się, że i owszem wysłali - na adres który zmieniałam w banku 1,5 roku temu(!), bo z wynajmowanego mieszkania się wyprowadzaliśmy. Po sprawdzeniu stanu konta, spokojna,że wszystko na swoim miejscu, zastrzegam wydaną kartę - tu znowu czekanie, sprawdzanie danych itp. Ok. Pytam, co z nową mogą wysłać? NIE. Żeby to zrobić muszę się udać do najbliższego oddziału swojego banku i wydać dyspozycję. No więc idę, do najbliższego 1km. Miłej pani za biurkiem przedstawiam swoją sytuację i pytam, czy wydadzą mi nowa kartę do bankomatu. Po kilku minutach wklepywań tipsami słyszę, że NIE! Dlaczego? Ano przez telefon zastrzegłam karte, oni tych danych nie mają, proszę przyjść jutro. Dla pewności przyszłam po tygodniu czyli dzisiaj. Znowu jakaś miła pani za biurkiem, wklepywańsko w klawiaturę i co słyszę? ZNOWU NIE! Jak zastrzegłam kartę to powinnam przyjśc po dwóch tygoniach. Tłumaczę, że jestem po tygodniu, choć kazali przyjśc na drugi dzień i nigdzie się nie ruszam. Konsternacja. Pani z zza biurka z usmiechem wstaje i idzie się poradzić. No więc czekam. Po powrocie znowu czary mary przy komputerze i stwierdzenie, że powinnam iść w tej sprawie do oddziału, w którym zakładałam konto (na drugim końcu stolicy), bo TYLKO oni mogą mi ja wydać. ŻE CO? Tłumaczę, że po raz kolejny TU przychodzę i o czymś takim nie było nawet mowy. Z akcie desperacji, choć nadal ze spokojem ( aż dziwne!) mówię miłej pani, że wobec tego chcę zlikwidować konto.Słyszę po chwili zastanowienia, że to też jest niemożliwe! O MASZ...! Po czym wyrecytowała mi jak z książki całą procedurę, co muszę zrobić, żeby zlikwidować, ale oczywiście nie u nich. W międzyczasie powiedziała coś o zastrzeganiu karty płatniczej, co w przypadku likwidacji konta jest konieczne....obudziłam się: JAKIEJ KARTY, PRZECIEż JA NIE MAM KARTY?!!! Tak w ogóle to o co chodzi?!!!! Miła pani odpowiada, że w oddziale, w którym zakładałam kiedyś konto wydali nową kartę i tam musze się po nią udać. ZGŁUPIAŁAM....Tym razem to ja z uśmiechem na ustach zapytałam, że skoro jednak mam jakąś kartę(!) to czy mogą mi ją przysłać, żebym nie musiała po nią jeździć na drugi koniec Warszawy? NIE! Czy jest jakikolwiek sposób, żebym mogła ją odebrać tutaj?! Znowu konsultacja. Czekam....TAK!-Musi pani napisać podanie. NO NARESZCIE!!!!!!!!!!!!! Tak więc po godzinie spędzonej w banku, napisaniu podania, zostawieniu swojego telefonu, żeby powiadomili, kiedy mam ich znowu,tym razem ostatecznie nawiedzić, poszłam na zakupy w stylu ser, masło, bułki. Ehhhh..... Dobrze, że przynajmniej Czaruś bez problemów. Od jakiegoś czasu wychodzą mu dwa zęby trzonowe naraz, co dopiero dzisiaj zauważyłam:-)

wtorek, 13 listopada 2007

Sami z Czarusiem

Dzisiaj po południu wracamy wreszcie do domku do stolicy. Ale póki co jestesmy jeszcze u teściów. Zostałam z Czaruisem sama w tym wielkim domu. Teściowie z mężykiem i jego młodszym bratem Darkiem pojechali do Chełma (ok 60 km), żeby wyrobić Dareczkowi paszport. Czaruś zalicza właśnie swoją drzemkę, jedyną zresztą w ciągu dnia. Ja musze pilnować, żeby co godzinę zejść na dół do kotłowni i podłożyć do pieca, bo innaczej zrobię w domu syberię:-). Na początku nie wiedziałam jak tę czynność połączyć z opieką na Czarkiem, który pozostawiony sam sobie na górze strasznie płacze. A na dole, parterze, jest bardzo zimno (nie ma tam grzejników), no i w okolicach kotłowni jest strasznie brudno. Ale znalazłam proste rozwiązanie:-). Zakładam Czarusiowi sweterek, znoszę go na rękach po schodach na dół i wkładam do jego spacerówki, która tam stoi. Następnie podjeżdżam spacerówką pod kotłownię otwieram drzwi szeroko, żeby synek z wózka mnie widział a potem podkładam do pieca. Po tym fakcie wykonuję znowu te wszystkie czynności w odwrotnej kolejności i po kłopocie:-) Czaruś grzecznie znosi to całe dziwactwo choć wydaje się byc tym trochę zmieszany:-)
Pozdrawiam wszystkich czytelników bloga z pięknie zasypanej śniegiem wsi i dziękuję za wasze komentazre:-))))

niedziela, 11 listopada 2007

Eskimosek :-)

Zimno, zimno i jeszcze raz zimno! Jak ja bym chciała znowu lato....ale cóż trzeba będzie dłuuuugo poczekać. Teraz wychodzenie z Czarusiem na spacer to prawdziwa wyprawa. Zakładanie tych wszystkich rajstopek szaliczków czapeczek, smarowanie buźki kremikiem itp. Synek wygląda jak prawdziwy eskimosek:-)
U teściów w domu jest niższa temperatura niż u moich rodziców u których mieszkamy. W końcu duży dom na wsi rządzi sie innymi prawami niż mieszkanko w bloku w mieście. Z drugiej jednak strony u teściów Czaruś może się nieźle wyszaleć, chodzi po wszystkich pokojach i wszędzie go pełno. W naszym ponad 30 metrowym pokoju ma nawet chuśtawkę zawieszoną pod sufitem, na której uwielbia się bujać. Bujane są przez synka równiez misie. No i oczywiscie uwielbia obserwować i zaczepiać małe kotki, które się po domu plączą. Moi rodzice maja co prawda dwa psy, ale kotki Czarusiowi zdecydowanie bardziej odpowiadają. Dzisiaj mój kochany syneczek zrobił mamie małego psikusa. Ano spryciarz wyjął, a następnie odwrotnie włożył baterie od pilota do telewizora i dobre kilka minut zastanawiałam sie czemu pilot nie działa:-) Mój kochany mały urwisek!

piątek, 9 listopada 2007

Dzisiaj mieliśmy wyjechać na wieś do teściów...,ale nie pojechaliśmy. Dlaczego? Ano dlatego, że mężuś późno wrócił z pracy i nie było sensu, abyśmy z Czarusiem po nocy jechali 230km. Kiedyś już zdarzyło nam się taki wyjazd zaliczyć późnym wieczorkiem i nie był to trafny wybór. Czaruś oczywiście zasypia w samochodzie, śpi prawie całą drogę a gdy dojeżdżamy budzi się , jest marudny, rozdrażniony nowym miejscem, widowiem osób które chcą go ogladać i nie może z nadmiaru bodźców ponownie zasnąć. Usypianie trwa ponad godzinę i nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że to nie jest dobre rozwiązanie. Męczące dla Czarusia i dla nnas oczywiście też.Tak więc zaniechaliśmy późno wieczornych wyjazdów i teraz po godzinie 16stej do teściów nie wyjeżdżamy. Postanowione.Kropka.A propo teściów to nie przeszkadza mi, że mieszkają tak daleko:-), choć jeździmy do nich bardzo często (2-3 weekendy w miesiącu) a i podróże bywają nieraz uciążliwe. Niedługo pewnie ta sytuacja się zmieni i będe ich widywać codziennie, ale o tym napisze innym razem. Ehhh... Jedziemy jutro rano.


Czaruś latem u dziadków na wsi

środa, 7 listopada 2007

Misio łakomczuszek

Czaruś uwielbia jeść! Ciesze się, że nie jest niejadkiem, bo wtedy pewnie ciągle bym się martwiła, czy prawidłowo przybiera na wadze, czy dostaje odpowiednią porcję witamin itp. A tak mały smakosz pochłania wszystko, co dostaje do jedzonka z wyjątkiem brokułów ze słoiczka (nawiasem mówiąc sama bym tego nietknęła, nienawidzę brokułów bleee). Czasami kombinacje smakowe potrafią być dziwaczne no ale cóż, o gustach się nie dyskutuje:-). Poza jedzeniem "swoich" posiłków Czaruś uwielbia smakować to, co rodzice mają na swoich talerzach, bo przecierz dorosłe jedzenie jest jeszcze ciekawsze!









poniedziałek, 5 listopada 2007

Mały czytelnik:-)))

Nasz kochany Czaruś, ku wielkiej radości i niewielkiemu zdziwieniu rodziców, jest miłośnikiem książek. Tak więc powoli, powoli "sztywno-papierowych" egzemplarzy książeczek nazbierało się sporo. Nie dało się już ich odkładać gdzie popadnie, tym bardziej, że będące poza zasięgiem małych rączek budziły zdecydowany sprzeciw pierworodnego. Tak więc Czarusiowi została udostępniona specjalna półeczka, a raczej spora półka, pełniąca honorową funkcję dziecięcej biblioteki. Synek z właściwą sobie dziecięcą pasją, zaraz po porannym przetarciu oczek i jedzonku, wychodzi z łóżeczka i wędruje do biblioteczki. Następnie wyjmuje książeczkę, wręcza rodzicom i oczekuje wspólnego oglądania bajeczek (oczywiście Cezary musi sam karteczki przewracać), czytania lub opisywania przez dorosłego, co jest na obrazku, pokazywania paluszkami postaci i przedmiotów. Proceder ten trwa póki wszystkie bajeczki nie zostaną wyjęte i obejrzane. Oczywiście w wyniku codziennych obowiązków rodziców jest on przerywany, jednakże synek wydaje sie w ogóle tego nie zauważać. Dla niego on nadal trwa, więc jest nie istotne czy mama robi śniadanie, tata idzie do pracy itp. Czaruś zadowolony chodzi z książeczkami po mieszkaniu i domaga się wspólnego oglądania. Tak więc książeczki są porozrzucane po całym mieszkaniu bo pierworodny potrafi odłożyć na półkę co najwyżej jedną lub dwie z nich. Takie oglądanie z przerwami trwa od rana do wieczora, przerywane oczywiście zabawami innymi zabawkami i przedmiotami.
Czasami zastanawiam się czy dzieci w wieku Czarusia tak uwielbiają książeczki czy po prostu wyrasta mi mały mol książkowy;-). Kiedy synek był maleńki, co wieczór czytałam mu przed snem bajeczki. Teraz jest to niemożliwe, gdyż jak tylko Cezary widzi w moim ręku jakąś książkę nie ma mowy o spaniu! On musi jej dotykać, pokazywać i sam przewracać kartki i niestety ma potem problemy z zaśnięciem. Zatem wieczorami opowiadam mu krótkie rymowane wierszyki. Z potrzeby mam ich już w pamięci całe mnóstwo, co często przydaje się podczas czekania w kolejce w sklepie czy w poczekalni u pediatry. Do ulubionych wierszyków Cezarego należy: nieśmiertelna "Lokomotywa", "Chory kotek", wiersze o pajączkach, nietoperzach, ogórku korniszonku, stonodze, żółwiu Nikodemie i wiele innych.
Cieszę się, gdy widzę jak synek z uśmiechem na swojej małej buźce niesie kolejną książeczkę i z radością ją razem oglądamy. Choć czasami dziesiąta książeczka z rzędu wspólnie oglądana potrafi mamę zmęczyć;-), to należy poświęcić na to tyle czasu, ile dziecko potrzebuje.