czwartek, 28 sierpnia 2008

ARMAGEDON i zdjęcia z wakacji...

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że ulubionym zwierzątkiem mojego kochanego synka jest krowa. W domu Cezary ma już chyba ich całą kolekcję : figurki małych i dużych krówek, byka z wielkimi rogami, cielaczki jak również krowę pluszową, którą pierworodny tuli i bez której nie ma mowy o spaniu. Kiedyś naiwnie wierzyłam, że moje dziecko bedzie tak jak ja w dzieciństwie miało swojego ulubionego misia, ale KROWĘ? Cóz misie i inne takie słodkie dawno już poszły w odstawkę. Na drugim miejscu po krowach są świnki, potem kaczki a po nich długo długo nic. Ale wracając do krówek...
Kilka dni temu, gdy przyszliśmy na plac zabaw, okazało się, że inne dzieci, podążając za upodobaniami Cezarego również zaczęły przynosić swoje krówki. Niestety Cezary uznaje tylko jednego właściciela dla krówek - siebie samego! Na placu zabaw nie było to tak bardzo kłopotliwe. Wiadomo, dzieci pożyczają sobie nawzajem zabawki(pierworodny pożycza wszystkie swoje z wyjątkiem krówek), więc gdy Czaro brał cudze krowy, ktoś inny brał np. jego traktor czy piłkę i po sprawie. Jednak zabawa kiedyś się kończy i każdy wraca do swojego domu. I wtedy nastepuje ARMAGEDON. Cezary niby rozumie, że "ta" krowa jest chłopczyka i że on swoją zabawkę zabiera do domu, niby oddaje sam, ale jak już krowa zostanie przekazana w ręce prawowitego właściciela zaczyna się dla pierworodnego koniec świata. Płacze przeraźliwie, wręcz zanosi się szlochem, żadne tulenie, buziaki, uspokajanie nic nie pomaga. Nawet gdy już wypłacze się z żalu na moich kolanach, chodzi smętny po placu zabaw, nic go nie cieszy (nawet jego własne krowy), a po chwili przypomina sobie co się wydarzyło i płacze od nowa. Wiekszość osób z dziećmi przychodzi na ten plac praktycznie codziennie więc znają Cezarego i nie mogli uwierzyć, że dla tego, co nigdy nie płacze i nie marudzi nagle skończył sie świat. No cóż ja też byłam w szoku. Po dwóch takich armagedonach uznałam, że najlepiej dla nas zmienić plac zabaw (w okolicy jest ich sporo), choć ten był Czarusia ulubionym. Kupiłam mu nawet 3 nowe krówki w poczet prezentu urodzinowego. Na nasze szczęście, po kilku dniach dzieci przestały przynosić swoje krówki (nie wiem czy za sprawą rodziców, czy tez po prostu im się te zabawki znudziły), w każdym bądź razie dalej korzystamy z tego samego placu zabaw i na razie jest spokój. Jak sie okazuje coś, co dla nas jest błache i nie warte smutku, dla dziecka może byc prawdziwą katastrofą małego serduszka.Ehh....

Miałam jak najlepsze zamiary, jesli chodzi o zamieszczenie na blogu zdjęć z nad morza. Pomijam już fakt jak ciężko jest z kilkuset zdjęć wybrać kilka. Tak więc ze względu na pojemność onetowskiego bloga zdecydowałam się zdjęcia zamieścić gdzie indziej, dzięki czemu jest ich więcej do oglądania:-) Wszystkich chcących obejrzeć fotorelacje z wakacji zapraszam do albumu na:
http://cezarywegerka.albumik.pl Hasło: cezary

czwartek, 21 sierpnia 2008

Wakacje 2008

Czaruś po raz trzeci w swoim życiu wyjeżdżał nad morze. Pierwszy raz wyjechał, gdy był jeszcze w brzuszku, za drugim razem nad morzem stawiał swoje pierwsze samodzielne kroczki, zaś w tym roku opanowywał do perfekcji swoje umiejętności w skakaniu, zeskakiwaniu i wskakiwaniu na wszystko co się da…

Zacznę od początku:

Podróż.

Jednym słowem totalna katastrofa. Nikomu nie życzę takich przygód w czasie wyjazdu, jakie my mieliśmy( w aucie ja, mężyk, Czaro, i moja mama zaś siostra z chłopakiem wyjechali drugim samochodem godzinę wcześniej). W skrócie. Wyjechalismy wcześnie rano i po przejechaniu ok. 90km od stolicy autko dało wyraźnie do zrozumienia, że jeżeli pojedziemy jeszcze dalej to z silnika nic nie pozostanie. Więc po drodze był postój w pobliskim warsztacie samochodowym, następnie przejechanie kilku kilometrów udowodniło ponad wszelką wątpliwość, że z pozoru błaha usterka wymaga w celu naprawienia rozebrania kawałka silnika. O kontynuowaniu jazdy nie było więc mowy. Dalej czekanie w pobliżu pola kukurydzy ponad godzinę na mojego dziadka, który miał nas zaholować do warsztatu w stolicy. Pomijam opis jak wygląda holowanie w wykonaniu mojego dziadka, który robi to jadąc 90km/h. Cud, że mężykowi wystarczyły dwie linki do holowania- z jednej nic nie zostało a druga zrywana była tyle razy, że aż dziwne, że cokolwiek z niej pozostało. Na miejscu okazało się, że naprawa potrwa 3 dni. Dalej nastąpiło przepakowywanie bagażów do samochodu dziadka, odpoczynek i obiad u dziadków i dopiero wieczorem wyruszyliśmy znów nad morze. Całe szczęście, że dziadkowie pożyczyli nam własny samochód. Aha nie napisałam, że żar tego dnia lał się z nieba wiadrami, więc można sobie wyobrazić, jacy wszyscy byliśmy wymordowani, gdy po godzinie 23ciej dotarliśmy nad morze. Jedyna osobą, która żadnych problemów czy niedogodności nie zauważała był oczywiście Cezary- szampański humor, chęć do psot i poznawania nowych miejsc nie miała granic. Chyba urodziłam jakiegoś cyborga…

Nad morzem.

Czaruś uwielbia basen, lubi też piaskownicę, więc można się domyśleć, że na wakacjach czuł się jak ryba w wodzie. Do pluskania się w morzu był pierwszy a wyjście z wody wywoływało rzecz jasna pomruki niezadowolenia nawet gdy było mu już zimno. Do ulubionych rozrywek plażowych należało: skakanie przez duże fale, pływanie w pontoniku, spacery brzegiem morza połączone ze skakaniem w przypływające fale, wskakiwanie do plażowych dołków-najlepiej wypełnionych wodą, burzenie zamków tym, co ośmielili się je budować na drodze przemarszu Cezarego, wskakiwanie ludziom za parawany lub wrzucanie tam zabawek, wrzucanie piachu do baseniku i robienie ”błotka”, pogonie za mewami, oglądanie latawców, nieustanne próby wdrapywania się na wieże ratowniczą, zbieranie muszelek, zbieranie do wiaderka patyków i robienie z nich zagrody dla krówki i świnki, zakrywanie i odkrywanie uszu dłońmi w celu sprawdzenia czy morze zawsze szumi, granie w piłkę a najlepiej wleczenie jej za sobą na sznurku.

Ośrodek mieliśmy położony w lesie nad samym morzem, więc gdy nie byliśmy na plaży, (pogoda była raczej w przysłowiową kratkę), Cezary zbierał szyszki do wiaderka a potem najczęściej rozrzucał je znów po lesie, grał z drzewami w piłkę (odkrył, że ten przeciwnik zawsze odrzuca do niego), próbował puszczać samodzielnie bańki mydlane (zwykle udawało mu się puścić je nosem), zrywał dzikie róże i zbierał mirabelki (gdy zabrakło miejsca w kieszeniach spodni i dłoniach zostawały jeszcze ręce mamy i pozostałych), karmił mirabelkami i kamieniami biedronki (jakaś plaga była chyba tych owadów), krówki, świnki, odganiał osy i muchy rozkosznym „a sio!” i wykonywał przy tym energiczne i nieskoordynowane ruchy rękoma. Aha krówka i świnka zostały też któregoś pięknego dnia nakarmione jajkiem na twardo, które Cezary samodzielnie rzecz jasna zakosił ze stołu i obrał ze skorupki. Znalazło się też i żyjątko w lesie, którego Cezary nie zamierzał karmić, przed którym czuł respekt i które uważnie obserwował, a mianowicie ZASKRONIEC. Miejsce, w którym zwykle je można było napotkać, po drodze na plaże, zostało nazwane „górką wężyków” i było to jedyne miejsce na tej ścieżce, gdzie pierworodny z charakterystycznego dla siebie sprintu przechodził w ostrożny chód emeryta i uważnie obserwował gdzie stawia swoje nogi. Czarek dostał też prawdziwego bzika na punkcie piłeczek kauczukowych, które po włożeniu odpowiedniej monety wylatywały z „przedziwnej maszyny”. Za każdym razem, gdy przechodziliśmy obok takich wynalazków Czaro sprawdzał, czy piłeczka nie wyleci a że uparty i cierpliwy potrafi być to potrafił przy tym automacie naprawdę długo „sprawdzać i kombinować”. Dość często dostawał to, czego się spodziewał, czyli piłeczkę, bo kochana jego babcia ma miękkie serduszko i nie potrafiła odmówić Czarusiowi. Jak się można domyślać, do domu wróciło całe wiaderko tych kauczukowych piłek z czego ze dwie przywłaszczył sobie pies i rozgryzł na kawałki, co pierworodnemu się bardzo nie spodobało.

Wózek „parasolkę” zabraliśmy na wczasy nie wiem po co, bo jak się okazało na miejscu Cezary wszędzie chodził pieszo, pokonując jednorazowo nawet ponad 3 kilometry. Dodam tylko, że po powrocie do domku miał jeszcze siłę by skakać po łóżku. Jeśli chodzi o jedzenie to mój synek przeszedł samego siebie. Choć lubi jeść sporo, to na wczasach jadł za dwóch, w dodatku jeden posiłek więcej niż zazwyczaj. Na stołówce jedynym słowem było „daj”, gdy jedzenie za wolno lądowało w jego buźce. W sumie to cały dzień spędzał zawsze na dworze a po powrocie ze spacerów wręcz rzucał się na wszystko, co w zasięgu wzroku dało się skonsumować. Dla informacji dodam, że po powrocie wszystko wróciło do pierwotnego stanu rzeczy.

Dla dzieci było bardzo dużo atrakcji, gdyż na miejscu była animatorka, która organizowała przeróżne atrakcyjne zabawy, konkursy itp. i codziennie było tego sporo. Czaro niestety na tego typu rozrywki jest jeszcze za mały. Skusiliśmy się za to na teatrzyki. Pierwszy z dwóch o „Pinokiu”, trwający ok. 50 min., Cezary obejrzał w całości siedząc na moich kolanach, uważnie śledząc całą akcję i kołysząc się w czasie piosenek. Drugi o „Aladynie” nie wzbudził już takiego zainteresowania jak pierwszy, tzn. wzbudził tylko że nie w taki sposób jak powinien. Otóż Cezary bardziej był zainteresowany tym co się dzieje za kulisami, gdzie postacie znikają?, skąd się bierze muzyka? i co jest po tamtej stronie?. Raz mi nawet uciekł za kulisy za co szef zbójeckiej bandy pogroził mu palcem. Myślicie, że Cezary się wystraszył? A skąd! Chciał mu w kufrach ze strojami i akcesoriami zrobić porządek. Oczywiście grzecznie przeprosiłam i zabrałam swojego małego zbója, zaś duży zbój tylko się zaśmiał i zapytał czy może pierworodnego sprzedać najbliższej karawanie…Eh..wolałam nie ryzykować i zabrałam mojego urwisa do domu…

Żeby nie zapomnieć, że poza dzieckiem świat też istnieje, zostawialiśmy kilka razy pierworodnego z babcią a sami z mężykiem wybraliśmy się do Mikoszewa (dla informacji: tam znajduje się ujście Wisły do morza Bałtyckiego), Krynicy Morskiej, zaś z moją siostrą i jej chłopakiem, pojechaliśmy w czwórkę do Gdyni i Sopotu.

Powrót z wakacji do stolicy też do udanych nie należał (jechaliśmy na wieczór), przejazd ponad 200km w ciągłej burzy z piorunami, do tego oczywiście korki spowodowane połamanymi drzewami na drodze, wszędzie policja, strażacy rozcinający drzewa i usuwający je z drogi, wypadki itp.

To by było na tyle,jeśli chodzi o wakacje. Fotorelacja nastąpi w następnym poście.

A tak z ostatniej chwili to w poniedziałek 18.08.2008 na godzinę 18.00 wegerka miała egzamin praktyczny na prawo jazdy(drugie podejście). Tym razem się UDAŁO!!! Te ósemki naprawdę przyniosły mi szczęście, bo do tej pory się zastanawiam jak zdałam. Czy jeździłam przez godzinę bezbłędnie? Oczywiście, że nie i doskonale wiedziałam, gdzie popełniłam błędy, jednak mimo wszystko na końcu usłyszałam magiczne „egzamin zaliczony” :-))).

W środę z mężykiem mieliśmy 3 rocznice ślubu, którą świętowaliśmy ucztując w naszej ulubionej greckiej tawernie.

I to by było tyle na dzisiaj...