Gdy wracaliśmy do domu jakaś głupia baba wyszła na jezdnię jakieś 5 metrów przed maską naszego samochodu. Nie mieliśmy szansy jej zauważyć, gdyż wyłoniła się zza samochodu który my mijaliśmy. Byłam pewna, że ją przejedziemy, że nie ma żadnej szansy. Gdyby nie refleks mężyka, który po próbie chamowania (a było mokro) odbił na lewy pas i wyminął ją łukiem w odległości mniejszej niż metr, tak by się na pewno stało. Nie doszło do wypadku również dlatego, że na liczniku mieliśmy jakieś 40km/h bo dopiero co przejechaliśmy skrzyżowanie. Nie muszę chyba dodawać, że wszyscy byliśmy nieźle przerażeni. Mąż zatrzymał samochód na będącej obok zatoczce autobusowej, wysiadł z samochodu i nawrzeszczał na tę kobietę. Ona przepraszała, zaś mąż krzyczał, że niech lepiej Bogu podziękuje, że żyje....
Dzisiaj już nie mieliśmy ochoty nigdzie się ruszać. Pojechałam tylko z mężykiem na małe zakupy. Trójeczki Czarusia postanowiły wyżynać się hurtem, więc do dwóch, które już sie ukazały z lewej strony dołączają powoli dwie z prawej. Pewnie niedługo je ujżymy:-) Pierworodny zaczął się ślinić i bez przerwy wkłada palce do buzi. Najważniejsze, że bez bólu. Pozdrawiam czytających i komentujących:-)))




















