niedziela, 27 kwietnia 2008

Sadystycznie rzecz ujmując rozjedźcie mnie walcem...

Długa przerwa w pisaniu postów nie była bynajmniej spowodowana brakiem czasu, lecz wynikała z problemów technicznych.
Otóż płyta główna w moim cud laptopie skończyła swój żywot, prawdopodobnie w wyniku podeptania kompa przez pierworodnego. Cóż, Czaro nie zawsze uważa za stosowne ominąć przeszkody na swojej drodze, a ja nie zawsze pamiętam by je usunąć.
Wracając do wydarzeń mijającego tygodnia, postaram się w możliwym skrócie opisać, co też się działo. A działo się dużo...
Jak sprawnie działa służba zdrowia w naszym kochanym kraju pewnie nie raz każdy miał sposobność sie przekonać. Tak więc mocz Cezarego, który zaniosłam w celu zbadania do przychodni w poniedziałek, zdaniem przemiłej pani w okienku nigdy tam nie dotarł. Pani jednak wspaniałomyślnie kazała przynieść na następny dzień, juz bez skierowania. Nie zrobiłam jednak tego, gdyż już nastepnego dnia wyjasniło się, skąd u Czarusia ta lekka biegunka - zapalenie dziąsła. Nie pozostało nic innego jak zaprowadzić pierworodnego po raz pierwszy do dentysty. Mały gabinet stomatologiczny, całkiem blisko i tylko dla dzieci. W środku kolorowo, zabawki, telewizorek z bajeczkami w poczekalni, a wszyscy pracownicy przesympatyczni i uśmiechnięci. Czaro od razu poczuł się swojsko i wyjęty z wózka pobiegł, nie czekając na mnie, wprost do gabinetu. Lekarz był w lekkim szoku, ale usprawiedliwiłam synka, że on dopiero pierwszy raz.... Pierworodny pięknie pokazał doktorkowi, gdzie ma buzię, ząbki, gdzie go boli, podobała mu się podróż fotelem na moich kolanach do góry. Schody zaczęły się dopiero w chwili, gdy lekarz miał zajrzeć do małej buźki. Z doświadczenia wiem, że to nie lada wyczyn, więc nie dało się tego zrobić innaczej, niż w barbarzyński sposób. Ja trzymałam na kolanach i za ręce, pani asystentka za głowę a lekarz robił swoje. Nie trwało to jednak dłużej niż kilka sekund. Czaruś postawiony z powrotem na podłodze od razu odzyskał swój wyśmienity humor i zanim otrzymałam do ręki receptę na maść i ustną instrukcję postępowania w przypadku owego niegroźnego zapalenia, pierworodny był już rozeznany w zawartości wszystkich szafek w gabinecie. Na koniec oczywiście pomachał wszystkim pa pa i tyle. Maść okazała się skuteczna, biegunki juz dawno nie ma, a dziąsełko już prawie w normie.
Co do jazdy samochodem - wegerka jadąca autem mężyka jest pełnoprawnym uczestnikiem grogi, z którym należy sie liczyć, zaś wegerka jadąca "L"-ką stanowi dla pozostałych uczestników drogi kategorię podrzędną. Znaczy to tyle, że z racji przepisowej prędkości jadącej elki, wegerce można zajechać drogę, wyjechać jej wprost pod koła a najlepiej to zepchnąć ją do rowu. Cóż...Egzamin teoretyczny na prawko zdany w czwartek bezbłędnie. Praktyczny za dwa miesiące dopiero. Wszyscy chyba wiedzą jak sie w stolicy zdaje, więc złudzeń zbytnich nie mam. Trzeba się będzie jeszcze poduczyć i kilka godzin wykupić, by szanse na zdanie wzrosły...
Pogodę ostatnio mamy przepiękną, więc całe dnie spędzamy z Czaro na osiedlowych placach zabaw, bądź też jeździmy do parku, gdzie oprócz wielkiego super placu dla dzieci pierworodny ma gdzie pochodzić, pobiegać i podotykać różnych roślinek. Bo Czaruś jest małym botanikiem, wszystko dokładnie chce poznać i każde zielsko jest dla niego interesujące, więc idąc pierworodny robi obowiązkowy postój przed każdym mleczem, stokrotką, tylipanem itp.
Czaro poznaje reguły rządzące dżunglą, czyli jak zachowywać się na placu zabaw wśród innych dzieci. Ale o wyczynach w tym zakresie napiszę innym razem. Co do zdjęć, to zacznę dodawać do postów, jak będę już mieć mój laptop, który przejdzie ekstremalną metamorfozę, bo narazie czeka na organy do przeszczepu. Pozdrawiam wszystkich czytelników, tych stalych jak i przypadkowych i dziękuję serdecznie za Wasze komentarze:-)

niedziela, 20 kwietnia 2008

Wychowanie porządnego obywatela to nie taka prosta sprawa.

Doba upracie ma 24 godziny i nie zanosi się niestety na żadne zmiany, nawet w czasie odległym. Zakładając dodatkowo, że jest się takim śpiochem jak ja, który by sprawnie funkcjonować potrzebuje ok.9 godzin snu, nie dziwne, że ciągle brakuje mi na wszystko czasu, który zamiast po prostu płynąć, biegnie jak Tyson Gay na 100 metrów...Ehhh
Od czwartkowego wieczora jesteśmy w domu. W piątek miał miejsce ciąg dalszy maratonu w sprawie załatwaiania spraw różnorakich (jak ja kocham wszystkowiedzące panie w urzędach wrrrr....). Tym razem jednak odbyłam go samotnie, zaś mężyk został z Czarusiem, którego cieplutkie czoło, niewiedzieć czemu, wskazywało na lekki stan podgorączkowy.
Po moim powrocie do domu, ciałko Czarusia osiągnęło juz temperaturę 38 stopni. Co prawda pierworodny od dwóch dni robił kilka luźnych kupek dziennie (pewnie owoce), ale jak już gorączka, to Czaro w wózek i do przychodni. Bo skoro lekarka może go zbadać, to czemu mam się cały weekend zastanawiać - chory czy nie?
W poczekalni Czaro, wzór spokoju i opanowania niczym Mały Budda, zasiadł majestatycznie przy stoliczku i zaczął bawić się samochodzikami. Co jakiś czas z tego letargu wytrącał go tylko niewiele starszy od niego chłopczyk, który ze smoczkiem w buzi biegał wte i nazad, wrzeszcząc i od czasu do czasu rzucając zabawkami. Pierworodny tylko obrzucał delikwenta zdziwionym spojrzeniem, po czym wracał do zabawy. Pominę tu jak wyglądały nieudolne próby matki chłopca, podejmowane w celu przywołania syna do porządku, czyli do takiego dziecięcego zachowania, które w pozostałych oczekujacych na wizytę nie będzie wywoływało natychmiastowej chęci ucieczki jak najdalej. Widać, że kobiecie było głupio, że jej synek zachowuje się tak, jak dzieci oglądane w telewizji na spotach programu superniania, ale też widać było, że nie wie co ma z tym zrobić. Mogę się tylko domyślać, że zachowanie owego dziecka w przychodni jest odzwierciedleniem jego zachowania w domu, które wynika prwdopodobnie z bezradności w postepowaniu matki, z braku (lub nieegzekwowania)ustalonych reguł zachowania się dziecka w różnych miejscach, z braku umiejętności zaiteresowania dziecka "czymkolwiek" i skierowania jego aktywności na inny tor i tak dalej i tak dalej. To nie prawda, że dzieci rodzą się niegrzeczne, po prostu z winy dorosłych, braku odpowiedniego wychowania i prawidłowego wzorca do naśladowania, czasem za takie są uważane. To nieprawda również, że dziecku wystarczy (zwłaszcza tak małemu) powiedzieć lub pokazać coś raz albo kilka razy i ono od teraz zawsze będzie pamiętać. Dzieci nie przysfajają sobie regul postępowania z dnia na dzień, a już tym bardziej nie stają się one uwewnętrznione. Pamięć dziecka to nie to samo co pamięć dorosłego. Każdy kto ma małe dziecko wie, że nauczenie szkraba różnych reguł postępowania to nieraz ciężka orka, trwająca często długo i wymagająca setek powtórzeń oraz morza cierpliwości, tony pomysłów i wiary w to, że kiedyś miło bedzie popatrzeć na efekt, którego przeciez nikt nam na starcie nie zagwarantuje...
Wracając do zdrowia Czarusia. Dostał lekarstwo na biegunkę, skierowanie na badanie moczu na poniedziałek, mam mu podawać też Lacidofil oraz syrop na goraczkę, której od wczoraj juz nie ma na szczęście. Tak więc poza biegunką wszystko ok. Pewnie dzisiaj wyszlibyśmy na spacer, gdyby nie fakt, że od kilku dni ciągle pada.
Mężyk dzielnie uczy mnie jeździć samochodem po obrzeżach stolicy, co wymagałoby zażycia przez niego przed jazdą kilku tabletek valiun.
We wtorek mężyk wyjeżdża do Krakowa i wróci dopiero na weekend. Ja, jako słomiana wdowa, bedę za kółkiem straszyć od poniedziałku na ulicach stolicy. Wykupiłam kilka godzin jazd z instruktorem, bo niewiedzieć czemu, mężyk nie zdecydował się uczyć mnie parkowania między innymi pojazdami swoim samochodem...

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Francuskie TGV

Ostatnio czuję, jakby nasze życie siedziało w jakimś francuskim TGV. Pędzi do przodu jak szalone, a my co chwila jestesmy w innym miejscu. Najszczęśiwszy oczywiscie jest Czaruś, który kocha podróżować i uwielbia jak coś się dzieje. W piątek warszawski maraton w korkach, w celu załatwiania spraw różnorakich, w większości oczywiście zaległych. W końcu wypadało np.odebrać dyplom ukończenia studiów, ot tak, by się kurzył w domu...Zapisałam się też na egzamin teoretyczny na prawo jazdy.Trochę to trwało, zważywszy na fakt, że przede mną w kolejce czekało grubo ponad 100 osób. Czaruś w tym czasie zwiedzał z tatusiem niezbadane tereny, pozbawiając przy tym życia kilka żuków, które z upodobaniem sadysty, małym paluszkiem wgniatał w betonową fontannę oraz rzucał w dal znalezioną muszlą ślimaka...
Byliśmy też u moich dziadków, gdzie pierworodny robił prababci wiosenne porządki, szukając nowych miejsc dla stu tysięcy kobiecych drobiazgów. Po poprzedniej wizycie kochanego wnuka dziadek nastawiał swoje stare zabytkowe radio ponad godzinę, bo stacje radiowe umieszczone pod poszczególnymi przyciskami wyparowały...
Poniżej zaległe zdjęcia małego majsterkowicza:


"Upiór w operze" oczywiście okazał się niezapomnianym przeżyciem, wartym swojej ceny. Nie da się opisać emocji jakie towarzyszą w czasie oglądania spektaklu więc nawet nie bedę próbować. Bo jak opisać uczucia, jakie mi towarzyszyły, gdy np. nad moją głową powoli zawisał ćwierćtonowy żyrandol, który w trakcie przedstawienia oczywiście spada na scenę? No właśnie...nie da się...Generalnie polecam każdemu, kto chciałby się wybrać na ten musical. Poniżej zdjęcia mojego kochanego upiorka w koszulce tatusia. (Nie wiem czemu postanowił w niej chodzić po domu.)


Od wczorajszego wieczora jestesmy u teściów na wsi. Na dzisiaj zrobionych zdjęciach poniżej, Czaruś na naszym placu, gdzie na razie jest ściernisko ale będzie san Francisco:-)....

czwartek, 10 kwietnia 2008

Tylko jeden, raz do roku...

Najpierw cofnijmy się w czasie…Dokładnie tydzień temu, gdy Czaruś ucinał sobie swoją jedyną w ciągu dnia drzemkę, a jego mamusia miała„chwilkę” tylko dla siebie, zadzwonił dzwonek do drzwi. Jak to zwykle bywa w takowych chwilach psy dały znać, że są żywe i bronią(akurat!) domu, mężyk wręcz przeciwnie- udawał ducha, więc nie pozostało mi nic innego jak wprawić kończyny w sprint, zanim pierworodny opuści objęcia Morfeusza. Otwierając drzwi z impetem miałam cichą nadzieję, że osobnik za nimi tego nie przeżył i nie będę musiała odmawiać zakupu ziemniaków ani też tłumaczyć, dlaczego nie wierzę w nadchodzący koniec świata. Jakież było moje zdziwienie, gdy za drzwiami, cała i żywa, stała moja własna siostra, trzymająca w rękach płonącą pochodnię, skonstruowaną z wiśniowej rolady i tandetnych świeczek, składająca mi życzenia urodzinowe, szczerząc się przy tym jak zawodowa hostessa w hipermarkecie. I wiecie co? Po chwili ja też się tak szczerzyłam…Jeśli kiedykolwiek na urodziny dostałam jakiś „tort”, to chyba będąc dzieckiem, bo tego nie pamiętam. Cudowny nastrój zepsuł cudowny mężyk, który połykając kawałek rolady błyskotliwie oznajmił siostrze, że urodziny to ja mam dopiero za tydzień….Ehhhhh

Od dawna czekałam i nareszcie dzisiaj... Najlepsze miejsca.Mężyk cudotwórca:-) Kocham Cię!!!

niedziela, 6 kwietnia 2008

Niedoceniony...

Czaruś cały czas rośnie. Niestety nie wiedzieć czemu jego ubranka nie robią tego razem z nim. Nie to nie... i w asyście babci wybrałam się z Czarusiem na małe zakupy do pobliskiego centrum handlowego. Pierworodny obowiązkowo podziwiał każdą fontannę oraz ludzi jeżdżących na lodowisku. Jak to w takich miejscach bywa jakaś hostessa wręczyła mi ulotkę, która była mi oczywiscie do życia niezbędna. Kosza w poblizu niet, więc z braku innego pomysłu dałam ją Czarusiowi. Pierworodny obejrzał owo cudo i również nim wzgardził, ale okazał się przy tym bardziej pomysłowy.Z czarującym usmiechem na maleńkich usteczkach podarowal ulotkę jakiejś mijającej nas kobiecie. Problem z głowy a owa pani cieszyła się jak dziecko i dziekowała Czaro za taki prezent. Ach ten Czaruś...
Jak wiadomo czym dalej w las....potem przyszła kolej na bezpłatny pomiar tkanki tłuszczowej. Czemu nie pomyślałam i w tej samej chwili, w której weszłam z Czaro do małego sklepiku pełnego poukładanych gdzie się tylko da różnorakich opakowań z odżywkami i witaminami pożałowałam. Oczyma wyobraźni widziałam jak te wszystkie poukładane piramidy mój pierworodny obraca w ruinę. Trzymając więc synka za rękę podaję pani mój wiek, wzrost i wagę. Po chwili dostaję do trzymania w ręce takie małe urządzonko z przyciskami. Czaruś tylko na to czekał. Czując sie wolnym postanowil sam sprawdzić jak ów przyrząd działa. Mówiłam Czaro, że nie wolno a pani słysząc to rzekła, że może synek naciskać, nic się nie stanie. Jak może to ok. Czaro wniebowzięty, zaś urządzenie zrobiło pik pik pik i za sprawą małego sprytnego paluszka przestało działać. A nie mówiłam?- zdziwiona kobieta z powrotem zaczeła wszystko ustawiać, zaś pierworodny na czas drugiego pomiaru został oddelegowany do babci sprawdzać stan techniczny swojego wózka. Pomiar wykazał, że mam niedobór tkanki tłuszczowej (12,6 przy normie dla mnie 20,1). Patrząc na swoje brzuszkowe sadełko doszłam do wniosku, że dawno większej głupoty nie słyszałam.
A wracając do zakupów to Czaro został nowym właścicielem dla 4 par skarpet, 3 par spiochów,2 bluzeczek z krótkim rękawem, 2 apaszek, czapeczki i wiosennej kurteczki.



czwartek, 3 kwietnia 2008

Mały technik i miłośnik zwierząt...

Od wczoraj jesteśmy już w domku:-) Ostatnio byłam tak zmęczona,że szłam spać zaraz po Czarusiu. Gdy byliśmy na wsi pierworodny wstawał po 5 rano!, gdyż tesciowie o tej godzinie są już na nogach i wiadomo robią chałas...Dla mnie to środek nocy. Na szczęście po powrocie wszystko wydaje się wracać do normy i pobudka koło 7mej..to już do zniesienia. Ostatnie dni na wsi mineły spokojnie, choć to chyba nie najlepsze określenie, gdy się jest mamą takiego ruchliwego i ciekawskiego kosmity:-)A więc:
Czaruś odkrył, że poszczególne wagoniki kolejki łączą się ze sobą i postanowił tę umiejętność opanować do perfekcji. Gdy tak sie też stało, ku rozpaczy pierworodnego wiekszość wagoników miała pourywane zaczepy i nie sposób było je połączyć ze sobą- cóż...nie wytrzymały, gdy Czaruś w złości zaczął uzywać siły zamiast mózgu.



Czaruś jak na małego pomocnika przystało co wieczór pomagał mi ścielić łóżko- na swój "kanapkowy" sposób.



Jazda na quadzie to jest to co tygryski lubią najbardziej. Pierworodny rozumie już, że w celu ominięcia przeszkody kierownicą należy skręcić- szkoda tylko, że zwykle w złą stronę. Ale jak wiadomo początki bywają trudne. Czaruś jeździł dopóki akmulator nie wydał z siebie ostatniego tchnienia stanowczo domagając się naładowania. Jednakże pierworodny za nic mając sobie prawa techniki, dusił pedał gazu z uporem osła i nie chiał dać za wygraną. Gdy wreszcie mnie-rodzicielce udało się ściągnąć Czarusia z pojazdu, ten zaczął obchodzić go dookoła, sprawdzać, czy krecą się koła i kierownica, cisnął pedał gazu ręką i widać było, że za nic nie może pojąć czemu owy sprzęt odmówił mu posłuszeństwa. No cóż, kiedyś zrozumie:-)



Jeżeli chodzi o kontakty Cezarego ze zwierzetami to bywa różnie- potrafi byc opiekuńczy ale potrafi też zamęczyć. Przez ostatnie dwa dni żaden kot nie pojawił się na piętrze, gdzie przebywał pierworodny- zgadnijcie dlaczego?:-)
Zwierzęta duże to zupełnie inna historia. Każda nasza wyprawa na dwór dla synka mogła się zaczynać i kończyć na oborze. Krówki i świnki to jest to co tygryski chcą oglądać najbardziej a widok zamkniętej obory powodował niezadowolenie. Tak więc pilnowaliśmy babci -tesciowej kiedy szła na obrządek i my oczywiście za nią. Małemu kosmicie nie wystarczył sam widok krówek z daleka. On musiał wejść do obory, dotykać je, głaskać no i oczywiście karmić!. Nie wiem co prawda czy krowy były równie zadowolone z gościa, bo głównie zajmowały sie jedzeniem i obecność pierworodnego lekceważyły, choć jedna z nich dała Czarusiowi buzi...Co do świnek to nie pozwalałam Czarkowi podchodzić za blisko i cały czas go trzymałam, bo takie biegające w każdą stronę mięso jest dla mnie nie do przewidzenia.
Nie pytajcie nawet, jak po takim spacerze wyglądały ubrania Cezarego- cieszę się tylko, ze wynaleziono takie urządzenie jak pralka.