wtorek, 24 lutego 2009

Cicho i strasznie:-)

Rozchorowałam się- zapalenie krtani. Nie mogę normalnie mówić, tylko skrzeczę lub szepczę, a że gaduła jestem, niezwykle mnie ów stan irytuje. Mężyk żartem stwierdził, że w domu jakoś tak ciszej się zrobiło, zaś Czaro uważa, że to jakiś rodzaj zabawy. Gdy szepcze do pierworodnego, on mi szeptem odpowiada, czasem czuję się jakbyśmy razem odbywali obowiązkowe "lekcje ciszy"... Poza tym synek stara się być troskliwy dla mamusi, przykrywa mnie kocykiem, choć wcale nie potrzebuję, chce mnie karmić swoim jedzeniem, i gdy biorę lekarstwa Czaro koniecznie chce mi je sam do buzi wkładać. Na zajęcia do przedszkola dzisiaj nie poszliśmy- wiadomo.
Ekspresowo, bo siły brak, ale wspomnę jeszcze jak to mnie pierworodny w tłusty czwartek prawie o zawał przyprawił. Siedzieliśmy razem w pokoju, Czaro coś tam sobie budował przy stoliku, odwrócił się i zawołał "mamo!". A ja zamarłam, gdy na niego spojrzałam. Na głowie miał...no właśnie co?! Wielką, krwawiącą dziurę w głowie? Niemożliwe, musiałby się uderzyć. Podeszłam, zlokalizowałam na stole talerz z pączkiem, spróbowałam...no tak...dżem!....


(Materiały: "Funky Retro" by Vicki Parker, http://vicki20.blogspot.com/)

piątek, 20 lutego 2009

Powoli, jak żółw ociężale....

Nareszcie coś w moim kochanym pierworodnym drgnęło i zaczyna mówić. Co prawda powiedzieć, że on gada to ze trzy kroki przed orkiestrę, ale dla mnie to COŚ. Powoli, powoli z każdym dniem zaczyna przybywać pojedyńczych wyrazów. Ogólnie można je podzielić na dwie grupy. Takie, które brzmią jak wypowiadane przez dorosłego i na takie, które są zrozumiałe dla wtajemniczonych:-). Napiszę na razie o tych wyrazach, które pamiętam i pojawiły sie ostatnio.
Pierwsza grupa: ciocia, patyk, iść, dom, kot, buty, Hania, miś, bzzz, hu hu, pić, tyci, buła, choć (chodź)
Druga grupa (ciekawe czy zgadniecie, co znaczą:-): budy, kopa, hoda, pyty, Izzzia, pla plam, blok, brrr, hon, haba, kaka, pule, plam, sik sik, sip sip
Zrozumienie pierworodnego graniczy czasem z cudem. Chwilami kompletnie nie wiem, o co mu chodzi, zwłaszcza, że dużo rzeczy nazywa tak samo i często wypowiada te swoje wyrazy w różny sposób. Większości tego "bełkotu" nie jestem nawet w stanie powtórzyć, a co dopiero zapisać. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że cokolwiek jest:-) A pierworodny to strasznie przekorny człowiek. Mówi tylko to, co sam chce i tylko wtedy, gdy on sam chce. Nie często udaje się go namówić, żeby np. powtórzył jakieś słowo, zwykle słyszę wtedy "nie", albo udaje, że mnie nie słyszy. Najczęściej udaje się od Czaro "wydusić" cokolwiek w czasie różnych zabaw lub metodą "na idiotę" :-) Tzn. ja udaję, że nie wiem o co mu chodzi lub jak się coś nazywa, żeby sam próbował to coś nazwać. No cóż, przy porodzie nie dali do pierworodnego instrukcji obsługi, więc jakoś będziemy sobie radzić starając się, żeby jego mowa jak najlepiej się rozwijała.
Czasami, czym więcej czytam na temat rozwoju mowy odnoszę wrażenie, jakbyśmy byli gdzieś obok, bo praktycznie poza przysłowiowym "mama" i "tata" nic się u nas nie zgadza. Właściwie; nie powinnam się martwić, bo przecież rozwój mowy to sprawa indywidualna i przecież mój Czaro nauczy się w końcu mówić, ma przecież dużo czasu. Teoretycznie tak jest i pewnie każdy potrafi mi przytoczyć niejeden przykład dziecka, które nie mówiło wiele i jak tylko poszło np. do przedszkola to tak sie rozgadało, ze rodzice mieli dosyć. W praktyce istnieje jednak coś takiego jak opóźniony rozwój mowy i znany mi przypadek dziecka, które ledwo wypowiadało jakiekolwiek zdania będąc w pierwszej klasie szkoły podstawowej i to pod stałą opieka logopedy od 3 r.ż.
Mówi się, że jak ktoś nie ma problemów, to sam je sobie znajduje. Po części pewnie tak jest, że uczepiłam sie tej mowy, bo ja bym chciała, żeby Czaro nawijał. Ale jak wiadomo, to ON SAM musi chcieć. Zatem razem bawimy się, czytamy, opowiadamy, nie zadręczam słowotokiem, staram się nie wyręczać w mówieniu, do Czaro staram sie mówić powoli i wyraźnie, i jak tylko to możliwe najczęściej do prawego ucha. Pozostaje mi chyba tylko uzbroić sie w cieprpliwość i czekać...

Na środkowym zdjęciu Czaro miga wyraz "kocham". Nauka różnych słówek z języka migowego idzie mu za to bardzo dobrze, niektóre wyrazy, które potrafi już wypowiedzieć jednocześnie miga i mówi. A tak na marginesie, cudownie jest usłyszeć od swojego dziecka słowa "kocham Cię", nieważne czy wypowiedziane słowami, zamigane czy wyrażone spojrzeniem małych ufnych oczek:-)


("Wrapped Frame" & "Merry Mistletoe" by Vicki Parker http://vicki20.blogspot.com/)

środa, 11 lutego 2009

ELDORADO

Od kiedy razem z Czarusiem co trochę jeździmy opiekować się małą dziewczynką (o 9 mies. młodszą od Czaro) to odbieramy również po południu jej starszą siostrę (4 l.) z przedszkola. I tu się właśnie zaczyna temat. Otóż Czaro, gdy tylko słyszy, że już czas odebrać Starszą z przedszkola jest wniebowzięty. Dobrze zna drogę i czasem to chce nawet biec. Przedszkole to dla niego takie ELDORADO, miejsce cudownych zabaw, nieodkryta kraina szczęśiwości,w dodatku tylko dla wybranych, bo on i Młodsza to nie mogą:-). Jest najczęściej zawiedziony, że nie może wejść do sali i tam się bawić, tylko odbieramy, pomagamy się ubrać Starszej i wychodzimy. Często gdy Starsza już wyjdzie z rodzicami do przedszkola Czaro patrzy na mnie i pyta "Ja?". Wtedy mu tłumaczę, że w przedszkolu trzeba być bez mamy (jak na teraz jego zdaniem to nie problem-a jak znam życie, w praktyce pewnie już tak kolorowo nie będzie). Mówię pierworodnemu, że jak on będzie chodził do przedszkola to ja będę chodzić do pracy (tu zaczyna się litania i wymienianie przez Czarka wszystkich znanych mu osób które chodzą do pracy). I na koniec tłumaczę synkowi, że i on będzie chodził do przedszkola ale dopiero wtedy, gdy skończy trzy latka. I co na to Czaro? Ano teraz, gdy ktoś się pyta synka ile ma lat, to mój mały chochlik wyciąga trzy paluszki i mówi z uśmiechem że ma "tsi!", a gdy widzi moją minę i kręcenie głową, że "no nie bardzo", to chowa jeden paluszek i bez wcześniejszego entuzjazmu prostuje, że tak właściwie to ma "dja", czyli dwa. No cóż, czas to pojęcie jeszcze za trudne dla pierworodnego.
Wczoraj po raz pierwszy, na próbę, wybrałam się z Czaro do pobliskiego przedszkola na zajęcia adaptacyjne (godzinne,płatne), które odbywają się od niedawna raz w tygodniu właśnie dla takich dzieci jak Czaro, które we wrześniu mają zostać przedszkolakami. Pomyslałam sobie, że jak Czarkowi spodobają się takie zajęcia (rodzice oczywiście w nich uczestniczą), to będziemy na nie uczęszczać co tydzień, a kto wie czy Czaro nie będzie od wrzesnia do tego właśnie przedszkola chodził. Pierworodny, gdy tylko usyszał, że idziemy do przedszkola się bawić, to ze szczęścia i radości omal się nie przewrócił:-) W przedszkolu na sali gimnastycznej, gdy czekaliśmy na rozpoczęcie zajęć, Czaro był tym, który wszędzie chciał wejść, wszystkiego dotknąć, sprawdzić co i do czego (jako jedyny z około siódemki dzieci był po raz pierwszy), a jego specyficzny śmiech i chichot słychać było z daleka. Na zajęciach Czaro mniej więcej po równo uczestniczył i zajmował się zupełnie czym innym. Gdy zaś pod koniec trwania zajęć przenieśliśmy się do sali przedszkolnej Czaro znalazł sobie do zabawy...no właśnie kolejki i tory drewniane, po czym stał się ostoją spokoju i opanowania, pochłonięty bez reszty nowym odkryciem. Oj nie było tak łatwo go stamtąd wyciągnąć:-). Dla mnie najważniejsze w tym całym przedsięwzięciu był fakt, że synek niczego i nikogo się nie bał, cały czas był radosny i szczęśliwy z pobytu w przedszkolu, nie bał się i nie wyrywał w momencie, gdy pani nauczycielka wzięła go za rękę, by z dwójką innych dzieci tańczył w kółeczku, dotrwał tak nawet do końca piosenki:-). Całe zajęcia trudno mi opisać, bo jako, że sama jestem nauczycielką zrobiłabym to pewnie w mało czytelny sposób skupiając się głównie na celach poszczególnych zadań zamiast na nich samych, albo z rozpędu napisałabym cały konspekt, bo jeszcze wszystko pamiętam. Jedno jest pewne, uczestnictwo w tego typu zajęciach to dla Czarka same plusy:
pozna przedszkole od środka i oswoi się z nim
pozna inne dzieci w jego wieku, (być może z niektórymi z nich będzie potem razem w grupie przedszkolnej)
poćwiczy zasady współżycia z dziećmi i dorosłymi
nauczy się aktywnie uczestniczyć w zajęciach, oswoi się z grupą
nauczy się różnych zabaw, piosenek w grupie, które będą mu potem towarzyszyć w przedszkolu (m.in. te standartowe na rozpoczęcie i zakończenie zajęć)
Jestem dobrej myśli:-)

niedziela, 8 lutego 2009

Z powrotem...

Cały nasz pobyt na wsi minął w miarę spokojnie, a weekend spędzamy już w domu. Czaruś zapewne będzie tęsknił za wujkiem, co trzymając go na barana biegał z nim po całym domu. Za dziadkiem, który to się z Czarusiem bawił i rozpieszczał, dając pierworodnemu po kilka lizaczków dziennie, czasen jednego za drugim. Ja z tego powodu chwilami myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, tak mnie ów niecne rozpieszczanie irytowało. Czaruś ma zdrowe ząbki, bardzo o to dbam, nie chcę, żeby mu się popsuły, zwłaszcza, że on na końcu te lizaki gryzie. Owszem słodycze są dla dzieci, lizaczek od czasu do czasu jest ok, ale po kilka sztuk dziennie to moim zdaniem chore, już nie mówiąc o tym, że zaburza się dziecku apetyt i podnosi poziom cukru...Ehh
Ostatnim razem gdy byliśmy u teściów relacje Czaro z babcią były dobre. Chodził z nią za rączkę do krówek, czasem się przytulił czy "porozmawiał". Tym razem nie wiedzić czemu Czaruś babci się bał i uciekał od niej. Na początku myślałam, że może potrzebuje troszkę czasu by się "oswoić", ale jak sie później okazało z każdym dniem było coraz gorzej. Nie dał się babci dotknąć, wyrywał się, uciekał, zaczynał się krzywić i marudzić, gdy tylko babcia się do niego zbliżyła. Jak już został przez babcię dotknięty, to wołał "ała" i kazał mi się w to miejsce całować, choć przecież teściowa rzadnej krzywdy mu nie robiła i chciała jak najlepiej. Na pewno było teściowej przykro, w końcu to jej jedyny wnuczek. Nie wiem dlaczego Czaro tak się jej obawiał przez cały pobyt na wsi. Na szczęscie, ze smakiem zajadał babcine placuszki czy pierożki i raz nawet w podzięce, za moją namową, przesłał babci buziaczki. Dobre chociaż i to....



Sanki okazały się nieprzydatne. Śnieg owszem był, ale za mało by gdziekolwiek na saneczki pojechać. I pomyśleć, że nawet w Angli mieli śnieg, a u nas...Eh, Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu jak do rodziców mężyka jechaliśmy we dwoje, to wszędzie były zaspy po kolana, a przy odrobinie szczęścia to za pługiem dało się nawet przejechać samochodem.
Czarkowi to chyba jak zwykle było wszystko jedno. Małe dzieci już chyba tak mają, że widzą i biorą świat takim jakim jest, nie marudząc i nie zastanawiając się, że przecież mogłoby być innaczej. Ot, jest jak jest i tego trzymać się trzeba...


Na koniec dodam tylko, że choć Czaro grzeczny chłopczyk jest to od czasu do czasu jakiś chochlik potrafi w niego wstąpić i jak już psoci to trzyma się reguły "raz a dobrze". Ofiarą ostatniej psoty stała się klawiatura od mojego laptopa. Nie wiem czym w oczach pierworodnego sobie załsużyła na taki los, ale została rozmontowana na czynniki pierwsze. Pozostało w niej tylko kilka klawiszy funkcyjnych po bokach, których nie zdążył wyjąć. Oj wiedział Czaro, że psota przez mamę zaliczona została do tych dużych, bo choć rodzicielka nie krzyczała, to bardzo zła była. Pierworodny reprymendę otrzymał, a ja walczyłam ze sobą, by nie wybuchnąć śniechem, gdyż Czaro, zdając sobie sprawę z rozmiarów psoty mial stracha w oczach i tylko biadolił "mama", "mami" i obsypytwał mnie na przeprosiny swoimi słodkimi buziaczkami. Kara za ów niecny czyn również była. Miał siedzieć przy mnie i pomagać mi to wszystko poskładać z powrotem. No więc siedział i bez żadnych protestów pomagał mi przez ponad pół godziny, po czym sen go zmorzył i resztę rodzicielka musiała dokończyć sama...

wtorek, 3 lutego 2009

Nie ma to jak "spokojna" wieś...

Od soboty jesteśmy na wsi u teściów. Mężyk musi załatwić kilka spraw, więc najprawdopodobniej zostaniemy tu do piątku. Zabraliśmy sanki, ale śniegu tyle, co kot napłakał, więc raczej nie bedzie z nich pożytku, niestety. Czarusiowi to nawet nie przeszkadza, bo on udziadków na wsi ma inne zajęcia. Dogląda krówek i świnek, "pilnuje" czy piją wodę, pomagamy dziadkowi zaganiać krówki do obórki, zaglądamy do stodoły, gdzie Czaro uwielbia zjeżdżać na pupie z góry siana, a następnie zanosi jedzonko krówkom. Pierworodny robi również porządki w swojej piaskownicy - wybiera łopatką stare liście, kamyki, śnieg i wrzuca do swojej taczki. Pomaga kilka razy dziennie dziadkowi podkładać do pieca, podając mniejsze kawakłki drewna. Nie lada rozrywką są też koty, które dają się Czarkowi męczyć. Tłumaczę Czaro, że jak będzie tak się z nimi obchodził, to go podrapią. Wykrakałam, wczoraj jeden kot delikatnie zahaczył o pierworodnego pazurami, i co?, Czaro go w odwecie ugryzł! Potem chodził i próbował pozbyć się z buzi kociej sierści. Czasami to juz nie wiadomo, czy sie śmiać, czy płakać...
Teraz o tym, o czym miałam już wcześniej napisać lub pokazać, ale czasu brakło.
Najpierw budowle z klocków drewnianych. Nie rządzą nimi żadne reguły, każda jest inna, niepowtarzalna, czasami przeczą one prawom grawitacji, gdyż np. budowniczy z jednej strony przytrzymuje konstrukcje ręką.



Jak się okazuje kolejkami można bawić się nie tylko w domu. W pobliskim centrum handlowym jest sklep dla dzieci, w którym jest ekspozycja kolejek pewnej firmy, którymi to oczywiście można się w sklepie pobawić. Ja najczęściej staram się omijać ten sklep, bo wiem, że Czarusiowi nie wystarczy pobawić się przez 10min. A mi trochę głupio, gdy wchodzę do tego zwykle prawie pustego sklepu, niczego nie zamierzam kupić i mam tam stać i patrzeć jak Czaro sie bawi. A potrafi naprawdę dłuuuugo. Ostatnio moja mama poszła z Czarkiem na zakupy a ja jej zapomniałam powiedzieć o tym sklepie. Czaro jak się okazało nie zapomniał pokazać babci, gdzie on by najchętniej spędził czas. Moja mama średnio radzi sobie z egzekwowaniem poleceń i spędziła w owym sklepie z pierworodnym ponad godzinę, przy okazji kupując mu następne dwie kolejki z seri "Tomek i przyjaciele". Ochroniarz powiedział mojej mamie, że jest pełen podziwu, bo choć pracuje tam długo, to jeszcze nigdy nie widział, żeby jakieś dziecko tak długo się tymi kolejkami bawiło i nie miało jeszcze dosyć. No cóż, gdyby wystawili w sklepie coś innego niż kolejki to pewnie takiego zainteresowania by nie wzbudziło. Przy okazji Czaro zrobił im porządek, bo wszystkie porozrzucane wagony i lokomotywy na makiecie wzorowo poustawiał. Ja nie wiem co to sie dzieje, ostatnio nawet w danonkach są magnesy z pociągami. Kiedys Czaro wszędzie widział krówki i świnki, teraz dla odmiany wszędzie są pociągi...



Od dłuższego czasu świetną rozrywką dla pierowrodnego jest układanie puzzli. Ma układanki z 4,6,9,12 elementów ze zwierzątkami i dwie 15 elementowe z bohaterami ze Stumilowego Lasu. Jak już samodzielne układanie ich w kółko po kilkanaście razy dziennie pierworodnemu się znudziło, to zaczął te z mniejszą ilością elementów układać stroną bez obrazka, lub też wyrzuca wszystkie na raz i z takiej wielkiej kupki szuka pasujących elementów układając po kilka ukladanek na raz. Chyba najwyższa pora, żeby mu kupić puzzle z wiekszą liczbą elementów, bo te są chyba już za łatwe...




Poniżej zdjęcia z klubu "Abawik" w którym niedawno razem byliśmy. Czaro ostatnio bardzo porządnicki sie zrobił, sprząta swoje zabawki i odkłada je na miejsce. Gdy byliśmy w owej salce zabaw, Czaro chciał zaprowadzić domowe porządki i jak zobaczył plastikową piłeczkę na dywanie to musiał ja wrzucić z powrotem do baseniku. A jak wiadomo te piłki wypadaja co chwila i jest ich naprawde sporo. Po dziesieciu minutach takiego syzyfowego sprzątania Czaro skapitulował. No cóż, z czasem się nauczy, że są takie sytuacje w których po prostu nie da się czegoś sprzątnąć:-)))



Czaruś bez problemu pozwala sobie myć ząbki. Sam odkręca pastę, czasem nawet sam swoje małe perełki szczoteczką czyści. Rzadko jednak pozwala sobie do buźki zajrzeć co też tam się dzieje. Dlatego też dopiero teraz zorientowałam się, że pierworodny jest posiadaczem wszystkich zębów mlecznych. Dla mnie najważniesze, że wszystkie są zdrowe:-)