poniedziałek, 29 grudnia 2008

Święta minione....

Czas przedświąteczny, jak co roku, wydawał mi się za krótki, aby na spokojnie wiele spraw pozałatwiac, wiele rzeczy zaległych zrobic. Wszystko w biegu i bez przerwy na oddech tak potrzebny, by móc logicznie pomyślec. I tak jak co roku myślę sobie skrycie, że przyszłoroczne przygotowania będą dla odmiany cechowac spokój i harmonia...
Tak jak pisałam w poprzednim poście Wigilię spędzaliśmy z moimi rodzicami u dziadków ze strony mojej mamy. Jeszcze a propo przygotowań do uroczystej kolacji wspomnę, że Cezary, chcąc się przekonac, czy karp w reklamówce, co go mama ze sklepu przyniosła jest naprawdę żywy, wsadził mu palec w oko. I tak mu się owy niecny proceder spodobał, że byłby mu ze śmiechem to oko wydłubał, gdybym go na szafie nie położyła, ocalając mu tym samym życie o prawie godzinę...
W dzień tego dnia Cezary nie spał, więc zanim do wieczerzy zasiedliśmy, był rozdrażniony. Miejsca sobie biedaczysko nie mógł znaleźc i sam nie wiedział co ma ze sobą zrobic. Ze stołu zimnych zakąsek nie pozwolili mu ruszac, no i wszyscy czymś zajęci. Na szczęście tatuś na barana nosił, więc perspektywa obserwowania wszystkiego z góry poprawiała pierworodnemu humorek. Jeśli chodzi o apetyt Czarusia na smakowitości ze stolu to i owszem był. Nawet większy niż jego możliwości, przez co żołądek mu się zbuntował i po jakimś czasie z powrotem na stole zobaczyłam zjedzony przez pierworodnego barszcz z uszkami. Czaro miał na zmianę ubranko, zaś ja przez jakiś czas chodziłam z mokrą nogawką zapranych spodni.
Gdy nadszedł czas rozpakowywania prezentów, pierwszy był oczywiście Cezary. Choc czytac nie umie, to uznał, że największy prezent pod choinką zostawił Mikołaj właśnie dla niego i zanim zdarł pierwszy fragment papieru zaczął wołac, że to "tu tu" (pociąg). No cóż, dziecięca intuicja;-). Gdy zdarł cały papier, aż mu się oczy zaświeciły i radośc zdawała się nie miec końca. Wiedziałam, że się z pociągów i torów ucieszy, ale nie spodziewałam się, że to będzie taka euforia. Od tej chwili Cezary nic innego już nie chciał robic, jak tylko pociągami się bawic i wszyscy zdawali się przestac dla niego istniec.
Prezent miał byc dla pierworodnego jeden (pociągi z torami), na który się wszyscy składaliśmy, no ale bez wytykania palcami wspomnę tylko, że ktoś się wyłamał i Czaruś dostał jeszcze autobus little people fisher price z ludzikami. Pierworodny był tak pochłonięty swoimi pociągami, że nawet nie zauważył przez resztę pobytu u swoich pradziadków, że pod choinką leży samotnie jeszcze jeden prezent. Zobaczył i rozpakowal go dopiero w pierwszy dzień świąt, gdy się w pokoju prawie o niego potknął. Na koniec tej opowieści wigilijnej dodam, że po powocie do domu z ukochanymi pociągami synek poszedł spac.
Resztę świąt oraz weekend spędziliśmy u teściów. Odwiedzaliśmy też rodzinkę mężyka, u której jedynym preferowanym zajęciem według pierworodnego, było wyjadanie domownikom słodkości z choinki. Wszyscy z radością patrzyli jak kolejna czekoladka, za sprawa małych rączek, znika w szelmowskiej buźce, a ja zastanawiałam się tylko, czy on zaraz tego wszystkiego z przejedzenia z powrotem nie zwróci. Na szczęście nie zwrócił, a ja od święta machnęłam ręką na jego dietę...
U teściów w święta urodził się cielaczek, więc wszelkie spacery polegały na doglądaniu krówek, świnek, głaskaniu cielaczka o którym Czaro mówił, że jest "tici" czyli tyci (mały), oraz zrzucaniu snopków słomy ze stosu w stodole i "zanoszeniu" ich z babcią do zwierzątek. Nawet sam ścielic im tę słomę próbował. Już sama nie wiem czy w Czarku więcej z pastuszka czy z kolejarza ;-)

niedziela, 21 grudnia 2008

Różniście i przedświątecznie

Zainteresowanie Cezarego Świętami Bożego Narodzenia stale rośnie. Wszędzie coraz wiecej choinek i różnych innych świątecznych gadżetów. Z każdym dniem pierworodnemu pozostaje coraz mniej czekoladek w kalendarzu i już nie może się doczekać, kiedy otworzy tę ostatnią, a próbuje szelma codziennie:-), no cóż, czas nie działa w ten sposób;-). Po swojemu Cezary przypomina, że u Mikołaja i krówek (wg. niego nie ma czegoś takiego jak renifery ) to on sobie listem pociąg zamówił. Po tygodniu słuchania przez Czarka przeróżnych zestawów kolęd z różnych płyt, stwierdzam, że Elvisowi Presleyowi przybył jeszcze jeden fan. Cezarego oczywiście nie interesuje, że to nie polskie kolędy, ma być Elvis i już. Ehh...ale za to jak Czaro przy nich tańczy..:-)
Zrobiliśmy na oknie "zimowy las nocą"|imitacją śniegu w spreayu i oczywiście kupiliśmy i ubraliśmy malutką choinkę, która ma co prawda dużo ozdób, ale nie posiada bombek. Zresztą wszystkie by nie przetrwały kontaktów z moim dwulatkiem, czego Cezary daje co jakiś czas dowody próbując wąchać i rozjeżdżać drzewko pociągami. Jutro będziemy jeszcze piec pierniczki i oby pierworodny nie zażyczył sobie takich w kształcie pociągów;-).
Ze wszystkich napotykanych drzewek bożonarodzeniowych Czarkowi najbardziej podoba się to, które stoi w naszym bloku na parterze na klatce. Tak więc nie da się szybko wejść do domu, trzeba jeszcze zaliczyć "niezbędny i obowiązkowy" postój przy choince i się nią pozachwycać.



Z cyklu ciekawostek, jak to Cezary musiał się sam przekonać, że nie da się zdjąć rajstop nie zdejmując najpierw kapci. Zaplątał i zafiksował się biedaczek tak, że nie mógł się nawet ruszyć:-). Na koniec dodam jeszcze, ze jako przekorny dwulatek do końca był zdania, że sobie sam poradzi.



Weekend spędziliśmy u teściów na wsi. Czaro odwiedzał ukochane krówki i świnki, pomagał babci je karmić i poić. Czaruś wie, że mleko jest od krówki, jajka od kurki a kiełbaska i szyneczka od świnki. Niedawno zdałam sobie sprawę z faktu, że kiedyś mój synek zacznie się zastanawiać jak własciwie ta świnka "daje" tę szyneczkę, bo że krówkę się doi to wielokrotnie juz widział. Mam nadzieję, że gdy się kiedyś dowie nie zostanie z tego powodu jaroszem.
Razem z nami na wieś wyjechała część prezentu mikołajkowego(jezdnia) i garaż, który z braku miejsca porastał kurzem na szafie. Postanowiliśmy te zabawki tam zostawić, bo w domu i tak nie ma miejsca, żeby je rozłożyć i żeby synek mógł się nimi bawić, nie to co na wsi;-)




Cezary, jak to dziecko, pomysłów na zabawę ma zawsze bez liku. Nie wiem za bardzo po co mu te rurki na palcach były, ale chodził tak po całym domu i kazał je sobie zakładać, gdy mu spadły. Zastanawiałam się nawet przez chwilę do kogo chciał się upodobnić, do Edwarda Nożycorękiego czy Joli Rutowicz?, ale przecież żadnego z nich nigdy nie oglądał. Ot dziecięca fantazja....


Raczej na pewno nie uda mi się napisać przed świętami kolejnego posta. Wigilię spędzamy z moimi rodzicami i dziadkami w stolicy, zaś w pierwszy dzień świąt z samego rana jedziemy do teściów i zapewne będziemy odwiedzać dziadków i ciotki mężyka. Tak więc do domu wócimy dopiero w niedzielę wieczorem.

A wszystkim odwiedzającym i czytającym naszego bloga życzymy:
Zdrowia, miłości, niech mały Jezus w sercach zagości,
szczerości duszy, zapachu ciasta,
przyjaźni, która jak miłość wzrasta,
kochanej twarzy, co rano budzi,
i wokół pełno życzliwych ludzi.
Aby spełniły się świąteczne życzenia,
te łatwe i trudne do spełnienia.
Niech się spełnią te duże i te małe,
te mówione głośno lub wcale.
Dzieciom życzymy białego puchu
i wymarzonych prezentów:-)


(Kartka pobrana ze strony: http://nasza-scraplandia-freebies.blogspot.com/)

środa, 10 grudnia 2008

Rózga dla Mikołaja...

Najpierw zdjęcie króla na tronie. Do tej pory nie wiem czy radość po popołudniowej drzemce spowodowana była wyspaniem się, czy też widokiem zapomnianym, jakim był aparat fotograficzny. Tak czy siak nadmienić muszę, że z Cezarego to się śpioch zrobił. Nareszcie! Jeszcze w październiku myślałam, że wysypianie się do godziny dziewiątej rano będzie dla mnie osiągalne dopiero, gdy pierworodny stanie się nastolatkiem:-) A tu miła niespodzianka. Cezary zamiast po szóstej, wstaje koło ósmej, chyba, że jedziemy do pracy, wtedy czasem wstaje sam a czasem trzeba go budzić, za czym chyba nikt nie przepada. Po obiedzie zaś, gdy się pierworodnego nie budzi potrafi sobie czasem uciąć nawet 3 godzinną drzemkę. Zwykle budzę go jednak po 1,5-2 godzinach, bo innaczej ma problem z zaśnięciem wieczorem.


Odwiedziliśmy ostatnio pradziadków Cezarego. Wizyta owa była od dawna wyczekiwana przez moich dziadków, jednak coś zawsze stało na przeszkodzie...Tak więc Cezary starał się być bardzo grzeczny, został przez pradziadka obdarowany słodkościami a także zakupione zostały przez "dziadzia" ulubione specjały pierworodnego, czyli jogurciki, pomidorki, soczki, bułeczki, pasztecik itp. Ehh, temu to dobrze. Mnie za to, żeby było sprawiedliwie, została powierzona misja stworzenia obiadu dla wszystkich...

Teraz trochę o minionych mikołajkach. Miały być tylko słodkości w świątecznej skarpecie i niewielki prezencik, który babcia już wcześniej dla pierworodnego kupiła (nie wiedzieć czemu był to Robin Hood ze smokiem). Ale niestety mikołaja- babcię trochę poniosło, bo dokupił nie wiem po co kolejne dwa prezenty i to w dodatku gigantycznych rozmiarów (jezdnia dla samochodów oraz tory). Zapomniałam napisać, że w zeszłym miesiącu moja siostra wprowadziła sie z powrotem do domu (wcześniej mieszkała z chłopakiem) i teraz mamy dla siebie nie dwa a jeden pokój, więc miejsca zrobiło się zdecydowanie mniej. Babcia, choć w dobrej wierze, kupiła i nie pomyślała, gdzie my te wszystkie zabawki włożymy, mało tego, gdy się tory rozłoży na podłodze nie ma się gdzie ruszyć, nie mówiąc o tym, że jeszcze ta jezdnia...Czaro oczywiście wniebowzięty, nawet gdy potyka się o własne nogi. A mówiłam, a prosiłam NIC DUŻEO! Gdzie ja mam to wszystko chować na lampę?!, po co mu tyle! zabawek?. Ja rzadko Czarkowi coś kupuję, bo dziadkowie tak swojego jedynego wnuczka rozpieszczają, że ja ledwo nadążam. Może to Ja powinnam na gwiazdkę zażyczyć sobie własne mieszkanie?, wtedy na pewno więcej zabawek się zmieści niż na 12metrach kwadratowych naszego pokoju. I pomyśleć, że niedługo będą jeszcze święta...Dobra dosyć tego biadolenia.



sobota, 29 listopada 2008

Pasje i zabawy...

Najpierw były muminki, potem bardzo długo krówki a za nimi świnki. Teraz prym wiodą pociągi i lokomotywy. Co prawda od czasu do czasu przewozi nimi krówki i dalej widzi wszędzie krowy, ale to już nie to samo. Czaro wie, które produkty spożywcze są z mleka i te są oczywiście najchętniej zjadane, zwłaszcza mleko. Zawsze mi pomaga robić naleśniki dodając wszystkie potrzebne produkty do garnka (wie już co i jak). I ostatnio chyba epoka krówek na tym się kończy. Jedyna bajką jaką pierworodny chce oglądać na dobranoc jest "Tomek i przyjaciele" i ciągle bawi się pociągami, ma taką małą ciuchcię z klocków oraz małą lokomotywkę i wagoniki wadera, buduje do nich drogę a ja pomagam zrobić jakis tunel. I tak pcha je przez cały dzień, robiąc przerwy na jedzenie, spanie, spacery itp.Ostatnio robię zdjęcia tylko telefonem i ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Muszę w końcu kupić nowe akmulatorki do aparatu. Będziemy też w grudniu więcej w domu, bedę miała w przyszłym miesiącu mniej pracy i wiecej czasu tylko dla nas:-). No to teraz trochę do oglądania. Gdyby ktoś się zastanawiał nad kolorem ścian na zdjęciach to uspokajam,Czaro nie ma pokoju pomalowanego na różowo, to jest pokój dziewczynek,którymi się opiekuję. Napiszę jeszcze tylko, że synek już zdrów jak ryba, buzia mu się ładnie wygoiła i po krostkach nie ma już śladu:-)(tylko na djęciach są, bo były robione głównie w zeszłym tygodniu).

Na początek jak Cezary zupę gotował i nie chciał nikomu dać spróbować. Tak mu się pomysł pichcenia spodobał, że ważył różne owocowo-warzywne mieszanki przez kilka dni.



Następnie Cezary w wyjątkowo męskiej roli- mam nadzieję, że kiedyś nie będzie się za te fotki gniewał:-)



Pierworodny koniecznie chciał spróbować na owym sprzęcie jeździć. No cóż, przerosło go to trochę i na szczęście sam zrezygnował.



Gdy trochę śniegu spadło, ulubioną zabawą stało się dla Cezarego szukanie i niszczenie cudzych bałwanów. Gdy zaś zniszczenie śniegowej postaci przerastało możliwości mojego synka, po prostu rzucał w niego śniegiem. Miał z tego nieziemską wprost radość i nieraz ze śmiechu aż się zapluwał.



Na koniec będzie o sprycie i woli przetrwania małych rudych zwierzątek w miejskiej dżungli. Nie wiem jaka jest wysokość tego bloku, ale mogę napisać, że to ósme piętro...

piątek, 21 listopada 2008

Ryby i mrożonki

Najpierw o rybach i wędkowaniu słów kilka. Jakiś czas temu, gdy byliśmy nad dużym jeziorkiem (całkiem od domu niedaleko), Cezary zainteresował się wielkimi patykami, co to nad wodą sie znajdowały i jeszcze miały w niej zanurzone sznurki. Więc ja mu tłumaczę, że panowie tu rybki łowią, że to są wędki i mają na końcu tych żyłek haczyki a na nich robaczki itd. Rezolutni panowie, bardzo uradowani z okazanego przez pierworodnego zainteresowania wędkarstwem, szybko podchwycili wątek robaczków i zanim zaczęłam protestować, że nie trzeba, już pokazywali Cezaremu jakie to ruszające się skarby ukryte w tych swoich pudełeczkach mają. Mój kochany syn na widok owych małych paskudztw uśmiech miał jak banan i pewnie gdyby nie uszy miałby go dookoła głowy. Oczywiście chiał robaczki dotykać, czemu się sprzeciwiłam, a gdy zaczął mlaskać zdecydowanie postanowiłam wyruszyć dalej...
A wracając jeszcze do ryb, to Cezary rybki lubił do czasu...do czasu gdy jego ulubioną bajką, czyli obecnie jedyną jaką ciągle chce oglądać, jest "Tomek i przyjaciele" . Teraz rybki są "be" i brzydko pachą "fu", bo Tomek w bajce przewoził wagony z rybami, których to zapachu bardzo nie lubił i które w dodatku całego go pobrudziły, bo za szybko i za dużo na raz tych wagonów przewoził. Normalnie ręce opadają...
Ulubioną bajką Cezarego z cyklu o pociągach jest ta, w której lokomotywa Emilka zawozi drewno do naprawy dachu stodoły, w której mieszkają...no właśnie krówki...Tak na marginesie dodam, że Czaro krówki widzi wszędzie, dosłownie...na logo banku jest krówka a nie żubr, sanie Św.Mikołaja również ciągą krówki (jeszcze się przy tym szelma wykłóca!), każdy łoś to też krowa a w byle sklepie zawsze! znajdzie się coś z wizerunkiem krowy, co pierworodny zauważy, zawsze!
A tak jeszcze a propo tego Św.Mikołaja i świąt to wspomnę drogim czytelnikom, że wszelakie dekoracje, tudzież świąteczne gadżety od prawie dwóch tygodni już w sklepach są i osobiście mnie ten fakt irytuje. Bo nie ma to jak zepsuć magię świąt marketingiem. Znając uroki stolicy za kolejne dwa tygodnie cudowni Mikołaje i urocze Aniołki będą mi dziecko "straszyć" podczas przysłowiowego wypadu po pieluchy. W takich chwilach zawsze zazdroszczę wszystkim mieszkającym na wsi i w małych miasteczkach...
No dobra, było o już o rybach, to teraz będzie o mrożonkach. Ale od początku. W zeszły poniedziałek pierworodny dostał wysokiej gorączki, prawie 40 st.C, dosłownie przelewał się przez ręce i na nogach ustać nie mógł. W przychodni po południu nikt nie odbierał, bo na drugi dzień święto było, więc po co. Jak tylko mężyk z pracy wrócił pojechaliśmy do szpitala dziecięcego na ostry dyżur (mamy tam bardzo blisko, bo niecałe 4 km.). Ktoś może uznać, że niepotrzebie spanikowałam, ale jak moje dziecko ma taką wysoką gorączkę (w dodatku syropek na zbicie temperatury Cezary raczył zwrócić wraz z podwieczorkiem), to mam to w d.... i nie zamierzam bezczynnie czekać co bedzie dalej...W końcu nie jestem lekarzem...Ku mojemu zdziwieniu oddział ratunkowy, ze względu na dolegliwośći oczekujących z rodzicami małych pacjentów, bardzo przypominał zwykłą przychodnię. Dziecko ze zwichniętą czy zbitą ręką, które wydawało z siebie dzwięki przypominające zapewne te wydawane przez człowieka palonego na stosie rozumiem, ale dziecko z zaczerwienionym gardełkeim?...
Cezary dostał porządnego czopka na goraczkę i po niecałej godzinie oczekiwania został zbadany. Poza gorączką, nie wiadomo od czego, nic mu nie dolegało. A skąd gorączka? Ano nie wiadomo, (trzydniówka wykluczona bo już ją miał w wieku 7 mies.), czopki podawać jak będzie wysoka temperatura i tyle. No to na drugi dzień czopki, na trzeci dzień czopki (temp. już na szczęście ok. 38,5 st.C) no i się wykluło. Normalnie jako z niespodzianką. Czaro miał całe czerwone dziąsła, porobiły mu sie krostki i ranki w buzi i na języku, a jak gorączka spadła całkowicie to nawet na buzi wokół ust wyskoczyły i między mleczakami na dziąsłach zrobiły się krwiaki, które później zaczęły pękać. Oczywiście poszłam z Czaro do przychodni. Lekarka poleciła psikać Tantum Verde i dostaliśmy receptę na specyfik, który gówno pomagał a smarowanie nim dziąseł 5 razy dziennie było dla Czaro prawdziwą torturą. Zdumiewa mnie coraz bardziej skuteczność lekarskich diagnoz i wyboru lekarstw, ale cóż począć, widocznie lepiej nie potrafią...
Pierworodny stał się kłębkiem nerwów, z bólu ciągle wył, miejsca nie mógł sobie znależć, w nocy nie spał i co najgorsze zaczął odmawiać przyjmowania jakiegokolwiek jedzenia czy picia. Owszem, Czaro mały łasuszek chodził w koło lodówki...i wył. Jak się czytelniku domyślasz, widok głodnego dziecka wyjącego na widok jedzenia którego nie jest w stanie zjeść jest nie do zniesienia...Gdy cały dzień nic nie jadł i nie pił (nic!), mężyk wpadł na wspaniały pomysł, żeby spróbować z lodami. Zadziałało:-) I tak przez dwa dni Czaro był na diecie złożonej z mlecznych lodów na patyku i mrożonych danonków. Ja kupiłam specjalną maść (bez recepty), którą podaje się w stanach zapalnych dziąseł (dobrze mieć stomatologa w rodzinie:-) i wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Czaro najpierw znowu zaczął pić mleko i picie, a po dwóch nastepnych dniach jeść zupki i powoli przegryzać co nieco. Teraz jeszcze ma trochę zaczerwienione dziąsełka, zaś krostki na buzi się goją i jest dużo lepiej. Mam nadzieję, że niedługo wrócimy do mycia ząbków bo Czaro ma oddech jak u starego trola. Nie wiem co to za cholerne choróbsko było ale nigdy więcej!...

niedziela, 9 listopada 2008

Nieprzewidywalne...

Dopiero dzisiaj mam czas i możliwość dodać post, który napisałam tydzień temu. Dobre i to…
Za nami bilans dwulatka. Czaro ma 88cm. wzrostu i waży 13,5 kg. Według tego, co zapisała mu pani doktor w książeczce zdrowia, Czaruś znajduje się między 50 a 75 centylem, czyli wszystko w normie:-). Jeśli chodzi o zachowanie pierworodnego, to w czasie wizyty, jak i podczas czekania na nią, było on wzorem grzeczności, aż byłam w lekkim szoku, bo przecież wiem, że potrafi pokazać różki. Gdy był szczepiony na grypę nawet się nie rozpłakał tylko troszkę pomarudził. Nie ukrywam, że byłam z niego dumna:-). Zresztą bycie zuchem opłaciło mu się, bo wyszedł obładowany naklejkami, kolorowankami itp.Eh...
Weekend spędziliśmy u teściów na wsi, jak można się domyślić odwiedzaliśmy groby. (Wcześniej w stolicy odwiedzałam groby najblizszych i znajomych - na szczęście dużo ich tam nie ma...). Pomysł zabrania Czarka na cmentarz nie był do końca trafiony. Z jednej strony powinien się młody edukować co i jak, że są takie miejsca i co się na nich robi, z drugiej strony jego zachowanie pozostawiało wiele do życzenia- próbował wszędzie gasić znicze chuchając na nie, prababcię świętej pamięci nawoływał na pół cmentarza wołając"babaaaa" (chyba liczył na to, że wstanie), zaś grób ziemny chciał potraktować jak piaskownicę. Na szczęście ludzie dookoła byli wyrozumiali wobec usiłowanych psot Cezarego i tylko się uśmiechali. W końcu to tylko dziecko,jeszcze nie rozumie....
W czasie wizyty u teściów Czaro oczywiście jak najwiecej czasu chciał spędzać z ukochanymi krówkami i świnkami, bo jego zamiłowanie do tych zwierząt stale rośnie, choć myślałam, że już bardziej się nie da. (Zdjęcia ze świnkami i krówkami dodam następnym razem.).


Ostatnio rysunki Czarusia zaskakują. Mały artysta zamiast mazać po całej kartce, z zamiłowaniem rysuje kropki, kreski i próbuje rysować kółka. Wygląda to trochę dziwnie, gdyż tak się na tym skupia, jakby od położenia kolejnej kreski miały zależeć losy świata i wszystko trzeba było dokładnie przemyśleć. Poniżej zdjęcie rysunku krówki, tzn Czaro stwierdził, że to, co narysował to „Gu” czyli krowa, i jakby się tak dokładnie przyjrzeć to nawet podobna.


Mój kochany synek, choć bardzo rozumny, nadal mało mówi. Jejku, jak ja się nie mogę doczekać, gdy będzie nawijał, nawijał, i nawijał….Obecnie ulubionymi słowami jest „mle” (mleko) i „baja” (bajka). Gdyby mu pozwolić, to by pół dnia oglądał bajki. Od tygodnia co prawda ciągle tą samą o pociągach („Tomek i przyjaciele”), ale widocznie przypadła mu go gustu…
Czaruś rozróżnia podstawowe kolory: żółty, czerwony, zielony, niebieski i różowy. Ten ostatni jest dla pieroworodnego oczywiście kolorem świnki i gdy tylko widzi coś różowego to chrumka:-)

środa, 22 października 2008

Jak trzej muszkieterowie:-)

Są rzeczy, których stanowczo nie powinno się robić całą rodziną. Teraz z własnego doświadczenia mogę napisać, że chorowanie rodzinne to po prostu mała KATASTROFA. Zaczęło się bardzo niewinnie - Czaro był przeziębiony. Pomimo podawania lekarstw i aresztu domowego zamiast być lepiej było coraz gorzej. A potem to już tragicznie. Czaro miał ostre wirusowe zapalenie krtani a ja z mężykiem porządne przeziębienie. Właściwie to nie wiadomo było kto kim ma się opiekować i kto komu nos i tyłek wycierać (Czaro miał do tego wszystkiego biegunkę), ale jak trzej muszkieterowie wspieraliśmy się nawzajem, w końcu "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" . Wspomnę jeszcze, że najbardziej chory pierworodny miał najwięcej energi. Skąd ten mały chochlik ją bierze, z kosmosu?! Na szczęście już wracamy wszyscy do zdrowia, a Czaro może już, choć na razie na krótkich spacerach, dręczyć swoją obecnością kaczki. Nieraz nawet udaje mu się trafić chlebem prosto w głowę, choć mam nadzieję, że to tylko przypadkiem i kaczki nie mają mu tego za złe.
Psy w domu nie mają tyle szczęścia do pierworodnego, co owe kaczki. Dzisiaj rano skomlały za Czaro po całym domu, gdy ten dumnie paradował z kabanosem w ręku i co chwila odgryzał smakowity kąsek ani myśląc się z nimi podzielić. Jeszcze chochlik mały ostentacyjnie masował swój brzuszek mówiąc "mniaaam", a psom wydając komendy "nie!" i "a sio!". Czasami wydaje mi się, że On psów po prostu, tak zwyczajnie, nie lubi...
Czaro odkrył niedawno moc magicznego słowa NIE oraz bezskutecznie próbuje zrobić użytek z umiejętności błyskawicznego położenia się plackiem na podłogę, tudzież ziemię. Dzisiaj na spacerze, gdy byliśmy juz w połowie drogi powrotnej do domu, Cezary się zbuntował i położył na chodniku. Co z tego, że go podniosłam do góry, skoro on podkulił nogi pod siebie i nie dało się diablika na nogach postawić. Z braku innego wyjścia (nie bedę z nim przecież walczyć, nosić też mi się nie chce) położyłam Go z powrotem na chodniku i oświadczyłam, że wobec tego ja idę do domu i sama zjem jego pyszną zupkę ogórkową z kurczaczkiem i ziemniaczkami!!! Powiem Wam szczerze, że nie przypuszczałam, że Czaro tak błyskawicznie odklei się od chodnika i sprintem, z bojowym okrzykiem "Jaaaa" przybiegnie i poda mi rękę. Z dziećmi to nigdy nic nie wiadomo...
Czaro robi się coraz bardziej samodzielny i całkiem niezły z niego pomocnik. Sam potrafi już zdejmować buty, kapcie, skarpetki, spodenki, pampersiocha, śpiochy zapinane na suwak i te na zapinki, bluzę na suwak. Problemem właściwie jest tylko zdjęcie koszulki czy swetra. Ubieranie jak wiadomo to wyższa szkoła jazdy, więc jak na razie to podciąga sobie spodnie na pupę, czasem udaje mu się założyc koślawo skarpetki czy buty ale wszystko w swoim czasie...
Jeśli chodzi o nocnikowanie to ruchem jednostajnie leniwym posuwamy się do przodu. Generalnie to ja muszę pierworodnego na nocniczek posadzić, na którym on nawet chętnie siedzi. Przy takiej współpracy jak wiadomo nie zawsze są efekty w postaci siusiu czy kupki, bo póki co wróżką nie jestem i raczej już nie zostanę. Czaro nie potrafi jeszcze sam zawołać ani wyczuć kiedy mu się chce coś zrobić, ale kuma już o co z nocnikiem chodzi. Gdy siedzi na swoim tronie pokazuje na siusiaczka i mówi że "si, si", a jak już ten siusiaczek to si zrobi to Czaro dumnie wstaje z nocnika i sam sobie brawo bije. Ja oczywiście też mu brawo bije...Trochę stresujący jest w tym wszystkim dla mnie fakt, że Czaro czuje się "odpowiedzialny" za zawartość swojego nocnika i chce koniecznie sam! zanieść tron do kibelka i wylać, tudzież wyrzucić zawartość. Gdy wyrzuca swojego zurzytego pampersiocha zawiniętego w malusią torebkę do kosza to jestem z niego dumna. Zaś gdy trzyma w rękach nocnik z zawartością i idzie przez korytarz do ubikacji, to przyznam się, że krocząc za nim odczuwam lekki niepokój...
A propo jazdy samochodem to całkiem nieźle sobie radzę, zważywszy na fakt, jak w ogóle wygląda jazda po stolicy. Teraz już jest ok, nie obawiam się sama jechać na drugi koniec miasta czy w dłuższą trasę. Ale gdy pierwszy raz siadłam za kółkiem półtora miesiąca po zdaniu egzaminu, nie byłam do końca pewna swoich umiejętności. Mężyk cholował mnie wtedy do warsztatu samochodowego. Autko, którym kiedyś jeździł (kupił drugie) teraz jest moje, ale trzeba było je "przywrócić do życia". Nie jest to co prawda jakiś super wóz, tylko 10letni Fiat Uno, ale dla mnie super. W końcu najważniejsze, że ma 4 kółka, mało pali, jest do mojej dyspozycji i w przeciwieństwie do autobusu jeździ kiedy i dokąd tylko Ja chce:-). Mogłabym opisać jak jadąc z warsztatu samochodowego stanęło mi auto na trasie siekierkowskiej, bo niedokręcone były klemy (dobrze, że mężyk się zna i był w pobliżu, a ja zdążyłam zjechać na skrajny prawy pas jezdni, zanim ktoś mi "na tyłek najechał"), jak sama prowadziłam, gdy jechaliśmy do teściów. Ale nie jest to konieczne:-)...

czwartek, 9 października 2008

Expresowo

Wiem, wiem…trochę się na blogu zakurzyło. Ostatnio każdą wolną chwilę, spędzałam z nosem w książkach. Poza tym praca, wszelkiego rodzaju obowiązki domowe są jak wiadomo skutecznymi pożeraczami czasu. Wieczorami jestem często tak zmęczona, że gdy usypiam Czarka to razem z nim przenoszę się w krainę snu. Może to jakieś przesilenie jesienne? W każdym razie już piszę co u nas słychać. W wielkim skrócie.

Czaro, jak to dziecko, zawsze był niezwykle ciekawski,. A jak wiadomo czym pociecha starsza, tym więcej potrafi i pomysłów ma proporcjonalnie więcej. Ja wiem, że te wszystkie psoty wynikają z dziecięcej ciekawości, ale czasami mam ochotę wyjść z własnej skóry i stanąć obok. Bo ile można powtarzać, np. że do miski z wodą dla psów niczego się nie wrzuca ani nie nabiera się wody w klocki i nie poi się nią krówek?! Czaro ma oczywiście inne priorytety. Musi samemu sprawdzić, co będzie pływać a co utonie a i krówki nie mogą cały dzień pić wody na niby. Psami zaś pierworodny w ogóle się nie interesuje, dla niego mogą nic nie pić. Najgorsze są jednak Cezarowe wspinaczki np. umieszczanie krzesełka na wersalce i wspinanie się po nim do półek. Trzeba mieć oczy naokoło głowy, bo o nieszczęście nie trudno. Niedawno Czaro potknął się o własne nogi i wylądował buzią na swoim plastikowym krzesełku. Co z tego, że byłam obok, i tak nie zdążyłam go złapać. Na szczęście skończyło się tylko na rozwalonej wardze,choć jak zobaczyłam ile było krwi myślałam, że sobie wybił ząb.

Ostatnim hitem w czasie naszych spacerków jest zbieranie przez Czarusia różnej wielkości kamieni i sprawdzanie, które wrzucone do kałuży robią większy plusk. Dla mnie pocieszające jest, że nie wpadł jeszcze na pomysł własnoręcznego sprawdzania głębokości kałuż przed wrzucaniem kamieni. Poza tym zbieramy liście, kasztany, żołędzie, orzechy, karmimy chlebem kaczki, a pierworodny dodatkowo jeszcze straszy gołębie.


Jeśli chodzi o Czarusiowe zabawy to krówki nadal górą, za nimi świnki, potem duża przerwa i dopiero pozostałe zabawki. Krówki w przeciwieństwie do innych zwierząt mogą nawet pić herbatkę z filiżanki, którąto pierworodny własnoręcznie z imbryczka nalewa. Oczywiście na niby:)


Ostatnio Czaro złapał katar i kaszel. Byliśmy u lekarza. Niby wszystko w porządku. Osłuchowo nic, gardło czyste. Jak zwykle dostał eurespal i syropek. Już sama nie wiem czy to na tle alergicznym czy po prostu zwykłe przeziębienie. Musimy się wreszcie wybrać do alergologa…

W weekend odwiedziliśmy teściów na wsi. Czaro wniebowzięty,chodził za krówkami i chciał je jak zwykle karmić. Byliśmy też we dwójkę na spacerze na polach i w lesie. Czaro to już prawdziwy piechur. Robiłam zdjęcia telefonem, ale nie wiem gdzie mam kabel do komputera więc wrzucę je jak go znajdę.

O tym jak wegerka swoim samochodem zaczęła jeździć nie tylko po stolicy napisze w kolejnym poście.

środa, 17 września 2008

Wizyta u logopedy oraz niekapek od krówki

Zacznę od tego, co oczywiste. Zrobiło się zimno. Jeszcze kilka dni i będę się zastanawiać gdzie bardziej marznę, na dworze czy w domu (apelując do administracji: nie da się jakoś wcześniej włączyć tego ogrzewania?, no i te nieszczęsne nieszczelne okna, które pewnie dopiero w przyszłym roku wymienimy). Zresztą, na co ja narzekam. Grunt,że mi na głowę nie pada, no nie?...
Czaruś co jakiś czas próbuje„buntu dwulatka”. Przekonał się przy tym, że posiadanie wyjątkowo upartej matki utrudnia owe bunty, właściwie to skutecznie podważa ich jakikolwiek sens.
W zeszłym tygodniu byłam z pierworodnym u logopedy w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Pani logopeda założyła Cezarkowi specjalną kartę (dane dotyczące dziecka, przebieg ciąży,porodu, rozwoju dziecka, rozwoju mowy itp.), przyglądała mu się, nawiązywała z nim kontakt, oglądała jego języczek. Dziwiła się, że jest taki śmiały i niczego się nie boi. Właściwie powinnam napisać, że Czaro czuł się jak u siebie i najbardziej spodobało mu się skakanie do całkiem sporego basenu z piłeczkami (prawdopodobnie na tej samej sali odbywały się również innego rodzaju zajęcia).Efekt końcowy: Czarusiowy języczek do najsprawniejszych nie należy (będziemy ćwiczyć w domu), lecz nie utrudnia mu mówienia. Po prostu w główce pierworodnego jeszcze nie zaskoczyło, że komunikacja werbalna jest mu do czegoś potrzebna. Do Czarka trzeba mówić wolno i jak najwięcej do prawego ucha (co jest związane z ośrodkiem mowy w prawej półkuli mózgowej czyli po drugiej stronie głowy). Dowiedziałam się też, że pierworodny ma wadę zgryzu tzw. tyłozgryz, czyli żuchwę ma za bardzo oddaloną do tyłu w stosunku do górnej szczęki. Jak wyjdą ostatnie mleczaki pewnie się wybierzemy na rozmowę do ortodonty dziecięcego co dalej z tym zrobić. Następna wizyta u logopedy za pół roku…Aha do poradni zgłosiłam się z Czarkiem sama i nikt mi tego nie sugerował.

Po raz pierwszy odwiedziliśmy niedawno z Czaro i mężykiem salę zabaw dla dzieci (kilka minut jazdy samochodem). Przyznam się szczerze, że byłam mile zaskoczona jej wyglądem i wielkością. Naprawdę sala z prawdziwego zdarzenia. Zdjęć mam tylko kilka (znacie to uczucie, gdy baterie rozładowują się w najmniej oczekiwanym momencie?). Pierworodny z mężykiem zawarli porozumienie i uznali, że w męskich zabawach mama nie musi uczestniczyć, co z chęcią zaakceptowałam i zajęłam się obserwowaniem i słodkim nicnierobieniem. Czaro całkiem nieźle radzi sobie wśród starszych dzieci i szybko znalazł sobie na sali ulubione miejsca i nowe zabawy.Nie obyło się też bez małej konfrontacji. Starszy, na oko 5 letni, chłopiec widząc, jak Czaro stara się wspiąć na wyższy poziom konstrukcyjnej plątaniny,złapał go za rękę i chciał wciągnąć na górę. Według tego starszego Czaro powinien zrozumieć. Nie zrozumiał. Wydając z siebie okrzyk niezadowolenia zaczął się wyrywać, co dla odmiany w starszym wzbudziło jeszcze większą chęć pomocy. Z reguły staram się nie ingerować w dziecięce sprzeczki, chyba, że bezpośrednio zagrażają życiu i zdrowiu. Jednak w tym przypadku obaj byli tak samo uparci, co nie wróżyło pozytywnego zakończenia. Właściwie to nie wróżyło żadnego zakończenia. Pozostało tylko wydać starszemu komunikat, żeby zostawił młodego, bo on nie rozumie, co zostało zresztą wykonane i przyjęte pozytywnie przez starszego, z racji podkreślenia wyższości jego rozwoju umysłowego nad młodszym…


Od dłuższego czasu starałam się delikatnie zasugerować Cezaremu, że jest już za duży na picie z butelki przez smoczek. Trafiałam jedynie na opór, bo przecież, choć potrafi już pić przez słomkę, niekapek, a nawet z kubkiem nieźle sobie radzi,wszystko oprócz smoka było be i sam tylko widok wywoływał histerię. Postanowiłam jednak zadziałać stanowczo (chociażby ze względu na tę wadę zgryzu) i od kilku już dni smoczków nie ma. Na początku była wielka syrena alarmowa na sam widok butelki z niekapkiem, na drugi dzień już lepiej, w ciągu dnia ok., ale wieczory i poranki, gdy pił mleko określam łagodnie jako koszmarne. Mówi się podobno dzieciom, że ktoś zabrał smoczka (np. wróżka),albo razem z dzieckiem wyrzuca do kosza czy oddaje komuś itp. W naszym przypadku skuteczne okazało się powiedzenie, że nowego niekapka przyniosła krówka. Teraz, gdy Czaro pije mleko lub picie z uśmiechem patrzy na butelkę i pokazuje na niekapka mówiąc „gu” (krowa). W końcu skoro daje mleko, może też dawać niekapki…..

wtorek, 9 września 2008

Na działce i na wsi....

Zdjęć z imprezki urodzinowej nie będzie, bo i takowej nie robiliśmy. Długo by pisać dlaczego akurat tak wyszło (że moja babcia wszpitalu, że wyjazdy…). Jak dobrze pójdzie to spóźniony, ale bardzo słodki, torcik urodzinowy i świeczki będą w najbliższy weekend. Prezenty Czaro już dostał od wszystkich tych, którzy chcieli mu je dać. Jak można się domyśleć tematem przewodnim wszystkich upominków była wieś i KROWY(o dziwo znalazły się w sklepach takie, których Czaro jeszcze nie ma:-)). Jeszcze kilka lat i na zabawki Cezarego trzeba będzie wynajmować garaż. Przed następnym upominkowym świętem będę chyba musiała wyznaczyć obdarowującym Cezarego jakieś maksymalne gabaryty prezentów i zrobić mini odprawę celną-jak na lotnisku. Wprzeciwnym wypadku za rok w pokoju nie znajdę własnego dziecka...
W sobotę pojechaliśmy na działkę, na której Czaro mógł dowoli psocić, brykać i biegać. Pomagał też babci zrywać owoce (jeżyny i winogrona), które to na przemian trafiały do kobiałki i słodkiej buźki. Udało się pierworodnemu obrzydzić mi degustację pączka, kładąc obok słodkiego przysmaku wielką i tłustą dżdżownicę, którą to karmił liściem. No cóż, savoir vivre to dla mojego syna na razie abstrakcja…


W niedzielę wyjechaliśmy do teściów na wieś. Jak się domyślić można, gdy tylko Cezary usłyszał, że do krówek i świnek pojedzie to do wyjazdu był pierwszy i poganiał wszystkich przytupując pod drzwiami. Gdy dojechaliśmy na miejsce, od razu po przywitaniu się z dziadkami, Czaro pognał do ulubionych zwierzątek, a ja musiałam za nim. Jakież było zdumienie i radość mojego syna,gdy okazało się, że oprócz dwóch dużych świnek jest też 10 małych prosiaczków.Nareszcie coś mniejszego od pierworodnego, bo dodam jeszcze tylko dla ścisłości, że krów jest siedem, w tym dwie mniejsze. Gdy przyszła pora kołysanek i utulanek, a obora i chlewik zostały zamknięte (bo przecież krówki i świnki też idą spać i według Cezarego jeszcze na dodatek wszystkie obowiązkowo chrapią), mój kochany mały chłopczyk podszedł do otwartego samochodu, wgramolił się na swój fotelik i dał do zrozumienia, że jego misja u dziadków została zakończona i czas wracać. Ehhh……
Powrót nastąpił jednak dopiero w poniedziałek wieczorem. Nie będę opisywać, co Czaro w ten dzień u teściów robił i jak nam minął dzień, bo każdy czytelnik może sam się tego domyśleć.

czwartek, 4 września 2008

DRUGIE URODZINY CZARUSIA:-))))))



KOCHANY SYNECZKU
W DNIU TWOICH DRUGICH URODZIN ŻYCZYMY CI:

Aby czas Twojego dzieciństwa w żółwim tempie upływał
A Twoje ulubione zabawki nigdy sie nie psuły i nie gubiły
Abyś rzadko, nigdy poważnie, nie chorował i szybko zawsze do zdrowia wracał
Aby co dzień cały świat się do Ciebie uśmiechał a szczęście i pomyślość nigdy nie zostawiały samego
Abyś zawsze był, tak jak teraz, pogodny i wesoły a ciepły wiatr niech szybko rozwiewa Twoje przyszłe małe smutki
Aby wszyscy Ci, których kochasz zawsze z miłośćią Cię wspierali i nigdy nie odchodzili...
Mama, Tata i Dziadkowie

Dziekuję Wszystkim za życzenia urodzinowe dla solenizanta:-)

czwartek, 28 sierpnia 2008

ARMAGEDON i zdjęcia z wakacji...

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że ulubionym zwierzątkiem mojego kochanego synka jest krowa. W domu Cezary ma już chyba ich całą kolekcję : figurki małych i dużych krówek, byka z wielkimi rogami, cielaczki jak również krowę pluszową, którą pierworodny tuli i bez której nie ma mowy o spaniu. Kiedyś naiwnie wierzyłam, że moje dziecko bedzie tak jak ja w dzieciństwie miało swojego ulubionego misia, ale KROWĘ? Cóz misie i inne takie słodkie dawno już poszły w odstawkę. Na drugim miejscu po krowach są świnki, potem kaczki a po nich długo długo nic. Ale wracając do krówek...
Kilka dni temu, gdy przyszliśmy na plac zabaw, okazało się, że inne dzieci, podążając za upodobaniami Cezarego również zaczęły przynosić swoje krówki. Niestety Cezary uznaje tylko jednego właściciela dla krówek - siebie samego! Na placu zabaw nie było to tak bardzo kłopotliwe. Wiadomo, dzieci pożyczają sobie nawzajem zabawki(pierworodny pożycza wszystkie swoje z wyjątkiem krówek), więc gdy Czaro brał cudze krowy, ktoś inny brał np. jego traktor czy piłkę i po sprawie. Jednak zabawa kiedyś się kończy i każdy wraca do swojego domu. I wtedy nastepuje ARMAGEDON. Cezary niby rozumie, że "ta" krowa jest chłopczyka i że on swoją zabawkę zabiera do domu, niby oddaje sam, ale jak już krowa zostanie przekazana w ręce prawowitego właściciela zaczyna się dla pierworodnego koniec świata. Płacze przeraźliwie, wręcz zanosi się szlochem, żadne tulenie, buziaki, uspokajanie nic nie pomaga. Nawet gdy już wypłacze się z żalu na moich kolanach, chodzi smętny po placu zabaw, nic go nie cieszy (nawet jego własne krowy), a po chwili przypomina sobie co się wydarzyło i płacze od nowa. Wiekszość osób z dziećmi przychodzi na ten plac praktycznie codziennie więc znają Cezarego i nie mogli uwierzyć, że dla tego, co nigdy nie płacze i nie marudzi nagle skończył sie świat. No cóż ja też byłam w szoku. Po dwóch takich armagedonach uznałam, że najlepiej dla nas zmienić plac zabaw (w okolicy jest ich sporo), choć ten był Czarusia ulubionym. Kupiłam mu nawet 3 nowe krówki w poczet prezentu urodzinowego. Na nasze szczęście, po kilku dniach dzieci przestały przynosić swoje krówki (nie wiem czy za sprawą rodziców, czy tez po prostu im się te zabawki znudziły), w każdym bądź razie dalej korzystamy z tego samego placu zabaw i na razie jest spokój. Jak sie okazuje coś, co dla nas jest błache i nie warte smutku, dla dziecka może byc prawdziwą katastrofą małego serduszka.Ehh....

Miałam jak najlepsze zamiary, jesli chodzi o zamieszczenie na blogu zdjęć z nad morza. Pomijam już fakt jak ciężko jest z kilkuset zdjęć wybrać kilka. Tak więc ze względu na pojemność onetowskiego bloga zdecydowałam się zdjęcia zamieścić gdzie indziej, dzięki czemu jest ich więcej do oglądania:-) Wszystkich chcących obejrzeć fotorelacje z wakacji zapraszam do albumu na:
http://cezarywegerka.albumik.pl Hasło: cezary

czwartek, 21 sierpnia 2008

Wakacje 2008

Czaruś po raz trzeci w swoim życiu wyjeżdżał nad morze. Pierwszy raz wyjechał, gdy był jeszcze w brzuszku, za drugim razem nad morzem stawiał swoje pierwsze samodzielne kroczki, zaś w tym roku opanowywał do perfekcji swoje umiejętności w skakaniu, zeskakiwaniu i wskakiwaniu na wszystko co się da…

Zacznę od początku:

Podróż.

Jednym słowem totalna katastrofa. Nikomu nie życzę takich przygód w czasie wyjazdu, jakie my mieliśmy( w aucie ja, mężyk, Czaro, i moja mama zaś siostra z chłopakiem wyjechali drugim samochodem godzinę wcześniej). W skrócie. Wyjechalismy wcześnie rano i po przejechaniu ok. 90km od stolicy autko dało wyraźnie do zrozumienia, że jeżeli pojedziemy jeszcze dalej to z silnika nic nie pozostanie. Więc po drodze był postój w pobliskim warsztacie samochodowym, następnie przejechanie kilku kilometrów udowodniło ponad wszelką wątpliwość, że z pozoru błaha usterka wymaga w celu naprawienia rozebrania kawałka silnika. O kontynuowaniu jazdy nie było więc mowy. Dalej czekanie w pobliżu pola kukurydzy ponad godzinę na mojego dziadka, który miał nas zaholować do warsztatu w stolicy. Pomijam opis jak wygląda holowanie w wykonaniu mojego dziadka, który robi to jadąc 90km/h. Cud, że mężykowi wystarczyły dwie linki do holowania- z jednej nic nie zostało a druga zrywana była tyle razy, że aż dziwne, że cokolwiek z niej pozostało. Na miejscu okazało się, że naprawa potrwa 3 dni. Dalej nastąpiło przepakowywanie bagażów do samochodu dziadka, odpoczynek i obiad u dziadków i dopiero wieczorem wyruszyliśmy znów nad morze. Całe szczęście, że dziadkowie pożyczyli nam własny samochód. Aha nie napisałam, że żar tego dnia lał się z nieba wiadrami, więc można sobie wyobrazić, jacy wszyscy byliśmy wymordowani, gdy po godzinie 23ciej dotarliśmy nad morze. Jedyna osobą, która żadnych problemów czy niedogodności nie zauważała był oczywiście Cezary- szampański humor, chęć do psot i poznawania nowych miejsc nie miała granic. Chyba urodziłam jakiegoś cyborga…

Nad morzem.

Czaruś uwielbia basen, lubi też piaskownicę, więc można się domyśleć, że na wakacjach czuł się jak ryba w wodzie. Do pluskania się w morzu był pierwszy a wyjście z wody wywoływało rzecz jasna pomruki niezadowolenia nawet gdy było mu już zimno. Do ulubionych rozrywek plażowych należało: skakanie przez duże fale, pływanie w pontoniku, spacery brzegiem morza połączone ze skakaniem w przypływające fale, wskakiwanie do plażowych dołków-najlepiej wypełnionych wodą, burzenie zamków tym, co ośmielili się je budować na drodze przemarszu Cezarego, wskakiwanie ludziom za parawany lub wrzucanie tam zabawek, wrzucanie piachu do baseniku i robienie ”błotka”, pogonie za mewami, oglądanie latawców, nieustanne próby wdrapywania się na wieże ratowniczą, zbieranie muszelek, zbieranie do wiaderka patyków i robienie z nich zagrody dla krówki i świnki, zakrywanie i odkrywanie uszu dłońmi w celu sprawdzenia czy morze zawsze szumi, granie w piłkę a najlepiej wleczenie jej za sobą na sznurku.

Ośrodek mieliśmy położony w lesie nad samym morzem, więc gdy nie byliśmy na plaży, (pogoda była raczej w przysłowiową kratkę), Cezary zbierał szyszki do wiaderka a potem najczęściej rozrzucał je znów po lesie, grał z drzewami w piłkę (odkrył, że ten przeciwnik zawsze odrzuca do niego), próbował puszczać samodzielnie bańki mydlane (zwykle udawało mu się puścić je nosem), zrywał dzikie róże i zbierał mirabelki (gdy zabrakło miejsca w kieszeniach spodni i dłoniach zostawały jeszcze ręce mamy i pozostałych), karmił mirabelkami i kamieniami biedronki (jakaś plaga była chyba tych owadów), krówki, świnki, odganiał osy i muchy rozkosznym „a sio!” i wykonywał przy tym energiczne i nieskoordynowane ruchy rękoma. Aha krówka i świnka zostały też któregoś pięknego dnia nakarmione jajkiem na twardo, które Cezary samodzielnie rzecz jasna zakosił ze stołu i obrał ze skorupki. Znalazło się też i żyjątko w lesie, którego Cezary nie zamierzał karmić, przed którym czuł respekt i które uważnie obserwował, a mianowicie ZASKRONIEC. Miejsce, w którym zwykle je można było napotkać, po drodze na plaże, zostało nazwane „górką wężyków” i było to jedyne miejsce na tej ścieżce, gdzie pierworodny z charakterystycznego dla siebie sprintu przechodził w ostrożny chód emeryta i uważnie obserwował gdzie stawia swoje nogi. Czarek dostał też prawdziwego bzika na punkcie piłeczek kauczukowych, które po włożeniu odpowiedniej monety wylatywały z „przedziwnej maszyny”. Za każdym razem, gdy przechodziliśmy obok takich wynalazków Czaro sprawdzał, czy piłeczka nie wyleci a że uparty i cierpliwy potrafi być to potrafił przy tym automacie naprawdę długo „sprawdzać i kombinować”. Dość często dostawał to, czego się spodziewał, czyli piłeczkę, bo kochana jego babcia ma miękkie serduszko i nie potrafiła odmówić Czarusiowi. Jak się można domyślać, do domu wróciło całe wiaderko tych kauczukowych piłek z czego ze dwie przywłaszczył sobie pies i rozgryzł na kawałki, co pierworodnemu się bardzo nie spodobało.

Wózek „parasolkę” zabraliśmy na wczasy nie wiem po co, bo jak się okazało na miejscu Cezary wszędzie chodził pieszo, pokonując jednorazowo nawet ponad 3 kilometry. Dodam tylko, że po powrocie do domku miał jeszcze siłę by skakać po łóżku. Jeśli chodzi o jedzenie to mój synek przeszedł samego siebie. Choć lubi jeść sporo, to na wczasach jadł za dwóch, w dodatku jeden posiłek więcej niż zazwyczaj. Na stołówce jedynym słowem było „daj”, gdy jedzenie za wolno lądowało w jego buźce. W sumie to cały dzień spędzał zawsze na dworze a po powrocie ze spacerów wręcz rzucał się na wszystko, co w zasięgu wzroku dało się skonsumować. Dla informacji dodam, że po powrocie wszystko wróciło do pierwotnego stanu rzeczy.

Dla dzieci było bardzo dużo atrakcji, gdyż na miejscu była animatorka, która organizowała przeróżne atrakcyjne zabawy, konkursy itp. i codziennie było tego sporo. Czaro niestety na tego typu rozrywki jest jeszcze za mały. Skusiliśmy się za to na teatrzyki. Pierwszy z dwóch o „Pinokiu”, trwający ok. 50 min., Cezary obejrzał w całości siedząc na moich kolanach, uważnie śledząc całą akcję i kołysząc się w czasie piosenek. Drugi o „Aladynie” nie wzbudził już takiego zainteresowania jak pierwszy, tzn. wzbudził tylko że nie w taki sposób jak powinien. Otóż Cezary bardziej był zainteresowany tym co się dzieje za kulisami, gdzie postacie znikają?, skąd się bierze muzyka? i co jest po tamtej stronie?. Raz mi nawet uciekł za kulisy za co szef zbójeckiej bandy pogroził mu palcem. Myślicie, że Cezary się wystraszył? A skąd! Chciał mu w kufrach ze strojami i akcesoriami zrobić porządek. Oczywiście grzecznie przeprosiłam i zabrałam swojego małego zbója, zaś duży zbój tylko się zaśmiał i zapytał czy może pierworodnego sprzedać najbliższej karawanie…Eh..wolałam nie ryzykować i zabrałam mojego urwisa do domu…

Żeby nie zapomnieć, że poza dzieckiem świat też istnieje, zostawialiśmy kilka razy pierworodnego z babcią a sami z mężykiem wybraliśmy się do Mikoszewa (dla informacji: tam znajduje się ujście Wisły do morza Bałtyckiego), Krynicy Morskiej, zaś z moją siostrą i jej chłopakiem, pojechaliśmy w czwórkę do Gdyni i Sopotu.

Powrót z wakacji do stolicy też do udanych nie należał (jechaliśmy na wieczór), przejazd ponad 200km w ciągłej burzy z piorunami, do tego oczywiście korki spowodowane połamanymi drzewami na drodze, wszędzie policja, strażacy rozcinający drzewa i usuwający je z drogi, wypadki itp.

To by było na tyle,jeśli chodzi o wakacje. Fotorelacja nastąpi w następnym poście.

A tak z ostatniej chwili to w poniedziałek 18.08.2008 na godzinę 18.00 wegerka miała egzamin praktyczny na prawo jazdy(drugie podejście). Tym razem się UDAŁO!!! Te ósemki naprawdę przyniosły mi szczęście, bo do tej pory się zastanawiam jak zdałam. Czy jeździłam przez godzinę bezbłędnie? Oczywiście, że nie i doskonale wiedziałam, gdzie popełniłam błędy, jednak mimo wszystko na końcu usłyszałam magiczne „egzamin zaliczony” :-))).

W środę z mężykiem mieliśmy 3 rocznice ślubu, którą świętowaliśmy ucztując w naszej ulubionej greckiej tawernie.

I to by było tyle na dzisiaj...

czwartek, 31 lipca 2008

Najwszyższy czas....

W weekend pojechaliśmy na działkę, w celach rekreacyjnych jak również po to, żeby zebrać owoce. Czaruś był w swoim żywiole. Mógł biegać i wchodzić gdzie tylko chciał no i oczywiście bez ograniczeń zrywać i zjadać owoce prosto z krzaczka, głównie czerwone porzeczki. Spryciarz znalazł też jedzonko dla zwoich krówek, gdyż mój dziadek nie wywiózł skoszonej trawy i Czaro znalazł za domkiem całą górę sianka. Próbowałam się nawet opalać, ale zostałam przez pierworodnego przysypana sianem. Czy ja wyglądam na krowę?! Poza tym Czaro jeździł na rowerku, który dostał po starszym koledze, choć pedałowanie szybko go męczy. Jeszcze jest na taką rozrywkę za mały. Nie lada atrakcją okazała się mała jaszczurka, która ku wielkiemu niezadowoleniu synka nie dała mu się złapać no i oczywiście ślimaki, które namawiał do wyjścia ze skorupki przy pomocy trawy.
Chciałabym napisać dużo więcej, ale nie mam niestety na to czasu. Jutro jedziemy całą rodzinką na dwa tygodnie nad morze, więc najwyższa pora zacząć się pakować. Jak narazie poprałam tylko nasze rzeczy i zaopatrzyłam Czaro w niezbędne produkty takie jak pampersy, mleko itp. Szkoda, że reszta nie może zrobić się sama. Ehh...Pozdrawiam wszystkich odwiedzających naszego bloga. Do zobaczenia za dwa tygodnie i proszę nam życzyć udanej pogody:-)!





niedziela, 27 lipca 2008

Na szybko...

Tym razem ekspresowo. Na początek zdjęcia Czarusia w czasie zabawy krówkami i statkiem muminków, który już od dłuższego czasu jest na topie. Zaznaczę przy tym, że plastikowe figurki muminków, które były wraz z owym statkiem, okazały się zdecydowanie mniej trwałe niż te z twardej gumy, które Czaro miał wcześniej. Tak więc plastikowe muminy są bez ogonków i w wiekszości bez rąk, zaś Paszczakowi odpada głowa.



Cezary prawie codziennie karmi kaczki. Muszę przyznać, że rzucanie idzie mu coraz lepiej, a zamach robi przy tym taki duży, że kiedyś pewnie od tego się przewróci. Pierworodny zazwyczaj przegania gołębie, które chcą się załapać na darmowy posiłek, lecz dzisiaj zapatrzył się w licznie pływające kaczuszki. Pech chiał, że owe ptactwo swoje niezadowolenie dało mi dziś boleśnie odczuć dziobiąc kilkakrotnie z zaskoczenia moje piękne stopy odziane w japonki. To już bezczelność! Na zdjęciach Czaruś z ciocią Klaudią, moją siostrą, którą bardzo lubi.



Weekend spędzony na wsi szybko minął. Moja siostra, ku radości Cezarego pojechała z nami. Gdy pierworodny uciął sobie popołudniową drzemkę, zostawiony został pod opieką teśćiów a my pojechaliśmy niedaleko nad jezioro Białe, które w sezonie od lat oblegane jest przez turystów. Jak doproszę się szwagra, żeby mi przesłał emailem zdjęcia to zapewne wkleję.
Cezary na wsi nigdy się nie nudzi. Łapał koty i nie wiedzieć czemu wrzucał je do babcinego kosza na ziemniaki, no a przede wszystkim karmił i doglądał ukochane krówki. Nawet próbował je nakarmić znalezioną w piaskownicy cebulą. Na początku jednak znalezisko zostało zakwalifikowane przez pierworodnego jako przedmiot niecodzienny i było przez niego noszone jak trofeum.





poniedziałek, 14 lipca 2008

Pływający Cowboy

Wybieraliśmy się z Czarusiem na basen jak te sójki za morze, co to wybrać się nie mogą. Ale wreszcie się udało. Czaro został zaopatrzony w niezbędny sprzęt i w sobotę pojechaliśmy. Jak na pierwszy raz spodziewałam się różnych reakcji ze strony pierworodnego, łącznie z płaczem, ale takiej euforii radości i zachwytu nie przewidziałam. Gdy tylko weszliśmy na pływalnię, pierworodny od razu próbował się wyrwać w stronę najbliższego basenu by dać nura do wody. Nie uważał za konieczne zakładanie jakiegoś tam czepka, pływaków czy kółka ratunkowego a fakt, że nie umie pływać w ogóle nie był dla niego przeszkodą. Najgorzej było z tym czepkiem z materiału, który to Czarusiowi do gustu nie przypadł, ale mając do wyboru założyć lub wracać do domu, szybko podjął męską decyzję, że ostatecznie może zaakceptować ten wynalazek na swojej pięknej główce. Najbardziej spodobała się Cezaremu zjeżdżalnia dla dzieci w kształcie słonia, nieduża, bardzo stroma z której zjeżdżało się bardzo szybko i wpadało wprost do wody. Pierworodny śmiał się przy tym tak głośno, że pół pływalni wiedziało, że oto jedzie królewicz Cezary:-). Ścigał się też ze starszymi dziećmi, by zjechać pierwszy i irytował się, gdy jakieś dziecko za długo się zastanawiało nad zjazdem. Wielką atrakcją były bąbelki wodne, które próbował złapać a największą ze wszystkich skoki do wody. Skakał razem tatusiem, który go trzymał na rękach przodem do wody lub sam skakał w nasze ramiona. Czaruś swoim malutkim jeszcze rozumkiem nie mógł pojąć, dlaczego na basenie zabronione jest skakanie z drewnianego mostka prowadzącego na drugą stronę średniego basenu, skoro on przecież tak bardzo chce. Nie wiem doprawdy skąd u niego takie zwariowane pomysły. Fakt, że mieszkamy na 15stym piętrze w bloku nie oznacza jeszcze, że wysokości nie należy się bać. Zresztą Czarek ma zakaz wchodzenia na balkon, który jest zawsze zamknięty, gdy on jest w pobliżu (tak na wszelki wypadek). Co do samego pływania, to byłam mile zaskoczona jak Czaro porusza w wodzie rączkami i nóżkami. Oczywiście nie potrafi jeszcze w pełni samodzielnie utrzymywać się na wodzie nawet z pływakami, więc trzeba go stale asekurować, choć muszę przyznać, że pływanie na małej desce lub w kółku idzie mu całkiem nieźle. Co do robienia zdjęć na basenie to miałam jak najlepsze intencje, żeby wyczyny Cezarego uwiecznić dla potomnych. Niestety baterie w aparacie sie rozładowały, więc mam tylko kilka zdjęć wątpliwej jakośći zrobionych telefonem.




Ulubionym zajęciem na stałym lądzie w domu jest dla Cezarego m.in.zabawa statkiem muminków. Muminy musiały się podzielić swoim statkiem ze zwierzątkami, a Mama muminka zaakceptować fakt, że jej kuchnię pierworodny przerobił, o zgrozo!, na wodopój dla swoich krówek. Ogólnie to Czarkowi pomysłów na zabawę nie brakuje...Krówki (2 plastikowe) mają u pierworodnego specjalne względy - zabiera je na spacer, zjeżdżają z nim ze zjeżdżalni, hustają się na huśtawce, karmione są trawką, w domu asystują przy posiłkach, zmianach pieluszek, spaniu itd., ogólnie krówki i Czaro są nierozłączni, więc dzisiaj do kolekcji dołączyła jeszcze pluszowa przedstawicielka tegoż gatunku, żeby miło się było do niej przytulać przy zasypianiu.
Mężyk wyjechał dzisiaj w delegację, więc do środy jesteśmy z Czarusiem sami. W weekend zaś wybieramy się na wieś, gdzie pierworodny będzie mógł do woli oglądać i karmić babcine krówki, a znając jego upodobania zajmie to całe dnie.
Dłuższe przerwy w publikowaniu przeze mnie postów, nie wynikają z nudy w codziennym życiu, lecz są głównie spowodowane wykorzystywaniem wolnego czasu na robienie scrapków do Czarusiowego albumu. A tak poza tym, to wspomnę jeszcze, że wczoraj minęło siedem lat od kiedy wegerka i mężyk stanowią parę:-)

niedziela, 6 lipca 2008

Trochę tego i owego...

W mijającym tygodniu troszkę podróżowaliśmy tu i tam. Odwiedziliśmy panią doktor, która po zbadaniu Cezarego oznajmiła, że pierworodny już zdrów jak ryba. Pojechaliśmy też do ortopedy na kontrolę, który po obejrzeniu Czarusiowych nóżek powiedział, że po szpotawości nie ma już śladu a nóżki piękne prościutkie:-), no i pochwalił synka jaki kulturalny i grzeczny. Normalnie miód na moje uszy.
Żeby nie było, że moje pierworodne dziecię to jakiś dziwoląg, który to nigdy nie rozrabia i zawsze chodzi jak po sznurku, wspomnę, że i owszem potrafi od czasu do czasu zrobić z niewiadomo czego dramat, ogłuchnąć nagle na moje polecenia, czy w złości porozrzucać swoje zabawki itd. W końcu to mały chłopczyk. Czaro podobnie jak ja potrafi błyskawicznie wybuchnąć i równie błyskawicznie dojśc do stanu równowagi...
W ramach załatwiania spraw zaległych i porośniętych lekką warstwą kurzu, odwiedziłam z Czarusiem dziekanat mojego wydziału na UW, bo w końcu dyplom magistra wypadałoby odebrać, choćby po to by kurzył się w domu. Gdy ja składałam coraz to kolejne podpisy i wypełniałam formularz, co takiego odebrałam, Czaruś z miną niewiniątka karmił herbatnikami stosy dokumentów zalegających na biurku pani M., a że nie wykazywały one chęci bycia nakarmionym wciskał te ciacha pomiędzy poszczególne teczki. Pani M. wykazała się nie lada wyrozumiałością i opanowaniem. Gdy ja składałam podpisy, ona pilnowała, żeby te herbatniki niczego nie zabrudziły:-) Stwierdziła również, że Czarka czeka kariera naukowa po tym jak odbił na sobie pieczątkę wydziału...
Ulubionym zajęciem młodego na spacerkach jest ostatnio zabawa na pobliskiej górce obok placu zabaw.Wchodzi na nią i zbiega, wchodzi i zbiega i tak portafi przez godzinę, póki ja się nie zmęczę pilnowaniem, żeby nóg nie połamał. Najlepsze jednak zabawy na górce są z ukochanym tatusiem, który to po pracy energi do wygłupów posiada niewyczerpalne pokłady.



Czaruś lubi pomagać, co mnie bardzo cieszy. Nie zawsze jednak pomoc w moim i w jego odczuciu to to samo. Podczas robienia weków niepokojąca ilość malin przechodzących przez rączki Czarusia zamiast do słoiczków trafiała wprost do jego słodkiej buźki. W ten niecny sposób zjadł ponad pół koszyczka. Cóż słoiczków wyszło mniej niż mama zakładała, za to Czaruś był w siódmym niebie:-)
Gdy spędzamy czas w domu, pierworodny zaskakuje mnie coraz to ciekawszymi pomysłami na zabawę. Ostatnio razem z ulubionymi muminkami i zwierzątkami pierworodny zwiedza świat. Niepisaną regułą stał się fakt, że mama i tata muminka zawsze podróżują razem...





Weekend spędzamy u teściów na wsi. Czaruś oczywiście mógłby cały dzień spędzać w oborze i karmic swoje ulubione krówki lub jeździć qadem.

piątek, 27 czerwca 2008

Duża gapa i Mały mądraliński

Z nadmiaru zajęć i obowiązków na pisanie po prostu brakowało czasu. A dużo się działo, więc wszystkiego po trochu...
Ostatnimi czasy Wegerka we własnej osobie ćwiczyła na jazdach doszkalajacych trudną sztukę poruszania się yariską, zgodnie z przepisami ruchu drogowego po uroczej, wiecznie zakorkowanej stolicy. Sam kurs na prawo jazdy robiłam 7 lat temu, więc jak się można domyśleć, niewiele w pamięci pozostało. Przedwczoraj miałam egzamin praktyczny, który niestety oblałam. Egzaminator super, wszystkie zadania na placu zaliczone spiewająco, a gdy wyjechaliśmy na miasto dałam plamę. Po nieco ponad 20 min. bezbłędnej jazdy wymusiłam pierwszeństwo na skrzyzowaniu równorzędnym. Złapałam gapę, bo najpierw z lewej strony wymusiła na mne pierwszeństwo pędząca grupa kolaży, a ja ruszając nie upewniłam się ponownie, czy z prawej strony nikt nie nadjeżdża a niestety zdążyła z prawej jednokierunkowej nadjechać inna elka egzaminacyjna i mój egzamin dobiegł końca. Drugie podejście za 2 miesiące dopiero, bo wcześniejszych terminów brak. Cholera...
Poza tym praca dodatkowa. Relacje pomiędzy Czarusiem a dziewczynką, którą się opiekuję bardzo dobrze sie układają. Na szczęście bez scen zazdrości i rękoczynów. Cezary spryciarz, znalazł swój własny sposób, gdy dziewczynka chce mu zabrać z rąk super zabawkę. Oddala się wtedy, odwraca do niej plecami tak by nie widziała czym sie bawi. Wzruszają mnie natomiast sceny, gdy dziewczynce upadnie np. kawałek biszkopta a pierworodny podnosi go i chodzi za nią próbując jej go wożyć do buzi lub dać do rączki. Często też zdaża się, że oboje bawią się jedną zabawką przekazując ją sobie z rąk do rąk bądź oglądają razem jedną książeczkę. Słodki widok...
Przeziębienia. Obecnie zaziębieni jesteśmy wszyscy, łącznie z moją mamą. Czaro pomimo leczenia już ponad miesiąc ma katar i mokry kaszel. Nie gorączkuje, energi ma za dwoje. Nie wiem czemu wszystkie infekcje u pierworodnego mają łagodny przebieg za to trwają strasznie długo. Dostaliśmy więc skierowanie do alergologa. Dzisiaj, podczas wizyty, pani doktor nie mogła się Czarusia nachwalić jaki z niego mądry i dzielny chłopczyk. Sam pięknie pokazywał gardełko, bez żadnych protestów dał się też osłuchać nie próbując zabierać stetoskopu, właściwie to zamarł jak posąg wstrzymując nawet oddech:-).Coś cudownego usłyszeć tyle pochwał na temat własnego dziecka.
Na spacerach synek dalej z zamiłowaniem zbiera kwiatki, aż dziw bierze, że jeszcze jakieś na osiedlu pozostały. Mrówki i inne robactwo również intensywnie śledzi. Któregoś dnia nawet ślimaczka chciał nakarmić kamyczkiem, a gdy ten schował się do skorupy Czaro był bardzo zawiedziony. Tak sobie tego ślimaczka zapamiętał, że jeszcze przez kilka dni na spacerach szukał go dokładnie w tym samym miejscu. Dla zwierzątka jednak lepiej, że sie już tam nie pojawiło.
Pierworodny znalazł sobie nową ulubioną zabawę w piaskownicy. Chodzi po jej obrzeżach, tam gdzie zwykle wszyscy babki stawiają. Kiedyś chciałam policzyć ile takich kółek zrobi, ale po dziesiątym okrążeniu się poddałam. Gdy jakaś mama siedzi akurat na drodze tego dziwnego Czarusiowego spaceru, pierworodny kładzie jej rękę na plecach i delikatnie spycha wgłąb piaskownicy by wstała i nie tarasowała przejścia. Na początku trochę mi głupio było, że Cezary rządzi się jak u siebie, ale na szczęście inne mamy podchodzą do całej sytuacji z humorem i wyrozumiałością. Aha, gdy jakieś dziecko bawi się na obrzeżu piaskownicy to Cezary po prostu się zatrzymuje i po chwili dziecko ustepuje przejścia, zupełnie jakby między nimi miał miejsce jakiś telepatyczny przekaz.

************************************************************
Zanotowano:
Wegerka i Cezary idą do osiedlowego sklepu po chlebek. Przed przejściem przez uliczkę parkingową jak zawsze Wegerka prosi Cezarego by się zatrzymał co też ten robi.
Wegerka: Czaruś popatrz, czy jedzie samochód?
Czaruś: Tak
Wegerka patrzy lecz owy samochód to jakiś niewidzialny chyba, ale co się będzie z dzieckiem wykłucać.
Wegerka: Dobrze, więc czekamy, aż przejedzie.
Po chwili.
Wegerka: Czy samochód juz przejechał?
Cezary: Tak
Wegerka: Czy teraz jedzie jakiś samochód?
Cezary: Nie
Wegerka: Możemy teraz przejść?
Cezary: Tiak
No więc Cezary Wegerkę za rękę i ruszyli. Tylko świadkowie owej sceny dalej się za nimi uśmiechali.

**************************************************************

wtorek, 17 czerwca 2008

Jak ryba w wodzie

Od dłuższego czasu zastanawiam się... O ile w ciągu tygodnia place zabaw na moim osiedlu tętnią życiem, o tyle w weekendy świecą pustkami. Logicznie romumując w sobotę czy niedzielę małych dzieci na placu powinno być więcej niż w dzień powszedni bo przecież żłobki i przedszkola są pozamykane...Nie żeby mi jakoś specjalnie przeszkadzał fakt, że najczęściej Czaro ma cały plac zabaw tylko dla siebie. Przynajmniej huśtawki zawsze wolne i kolejki na zjeżdżalnie brak. Tylko zastanawiam się, co tak naprawdę rodzice robią ze swoimi pociechami. Oczywiście wyjeżdżają na wycieczkę, działkę, do rodziny, na piknik, festyn itp. Przecież i my często gdzieś jeździmy. Ale żeby tak wszyscy i zawsze w każdy weekend? Jakoś w to nie wierzę...Zresztą wystarczy zobaczyć jak w sobotę czy niedzielę wyglądają centra handlowe, pełne dzieci. Ja rozumiem, że rodzice zakupy zrobić muszą, przecież my też nie zawsze mamy możliwość pojechać bez Czaro. Ale jak wiadomo zakupy robi się co najwyżej kilka godzin, więc choć na godzinkę czy dwie można z dzieckiem na dwór wyjść, bo podróż samochodem to nie spacer. Siedzenie przed telewizorem po powrocie z C.H. również nie jest dla dziecka sposobem na rozładowanie nadmiaru energi, której jak wiadomo maluchy mają ogromne pokłady. Zresztą po co ja to piszę, przecież wszyscy o tym wiedzą...
Cezary na dworzu czuje się jak ryba w wodzie. Już dawno pierworodny doszedł do wniosku, że powolne spacery są dla emerytów a w średnim tempie poruszają się rodzice. On zaś musi biec, jakby go rozpędzone stado bizonów goniło, a zatrzymanie się wcześniej niż przed punktem docelowym jest niewykonalne. A punkty docelowe bywają różne, bo przecież wszystkie kwiatki trzeba dotknąć, sprawdzić czy ładnie pachną czy listki od wczoraj urosły, zerwać co nieco do wiaderka gdy mama pozwoli. Obowiązkowo trzeba też nakarmić kaczki (w slangu pierworodnego "kaka"),a w ogóle to przed wyjściem z domu upewnić się, że mama zabrała odpowiedni prowiant i sprawdzić samemu czy na pewno się nadaje.
Ostatnim wielkim odkryciem Cezarego jest mikroświat. Dżdżownice, pająki, żuki, mrówki, tudzież inne robactwo stało się niezwykle fascynującym obiektem do obserwacji. I tak, gdy inne dzieci bawią się w piaskownicy, Czaro na kolanach śledzi losy wędrówki małego żyjątka póki nie straci go z oczu. Na szczęście pierworodny jest pojętnym dzieckiem i szybko przyswoił sobie, że nie wolno owadów wgniatać paluchem w chodnik, wąchać ani sprawdzać czy nadają się do jedzenia.
Zabawa, którą Czaro sobie wymyślił, żeby zjazd ze zjeżdżalni był ciekawszy, jest praktykowana przez coraz większą liczbę dzieci, przez co nieraz dochodzi do nieporozumień, a także tworzą się kolejki do zjazdu. Ale o tym innym razem...


wtorek, 10 czerwca 2008

Synu kurzu i wiatru Tumanie!

Cezary dalej uwielbia zabawę polegającą na "kradzieży" babcinego szlafroka i skakaniu w nim z różnych mebli, a gdy tak biegnie w nim z prędkością światła przez korytarz wygląda jak mały nietoperz.



Kolejne dziwactwo Cezarego jest związane z wieczornym zasypaniem. Otóż zdarza się czasem, że zamiast grzecznie przykryć się kołderką, mój mały królewicz wyrzuca ją i poduszkę z łóżeczka, podnosi materac wraz z prześcieradłem, kładzie się na stelażu łóżka po czym przykrywa materacem. Wątpię by było mu wygodnie, gdyż po kilku minutach wszystko z powrotem wraca do normy i Czaro domaga się, by podać mu z powrotem kołderkę...Ot tak po prostu...
Dzień dziecka co prawda już był, ale Czaro dopiero niedawno dostał swój prezent. Pierwotnie miał być to konik na biegunach a skończyło się na garażu, który z mężykiem składaliśmy, gdy pierworodnego zmożył słodki sen. Jednak gdy nasze dziecię wstało, zobaczyło ów cud, nacieszyło nim oczy, przetestowało czy sprzęt odpowiedni dla jego pojazdów, zabrało się za rozkładanie misternej konstrukcji na czynniki pierwsze i oglądaniu każdego elementu z osobna. Jak widać dopiero po przejściu odpowiedniej kontroli małych rączek, garaż może być w pełni sprawny i dopuszczony do użytku codziennego.




Jak wiadomo powszechnie, rodzice by zachować pełnię władz umysłowych muszą czasem od kochanej pociechy odpocząć. Wszak jako rodzina żyjemy nie tylko dla dziecka ale też dla siebie samych, a i dziecko powinno mieć możliwość choć kilkugodzinnego zatęsknienia za rodzicielami. Tak więc w niedzielę mieliśmy z mężykiem okazję do spędzenia czasu tylko we dwoje, zaś Czaro został ze swoimi dziadkami, z którymi zresztą mieszkamy.
Wybraliśmy się na Międzynarodowy Piknik Lotniczy w Góraszce. Korek od samej stolicy niebotycznych rozmiarów (na powrocie lepiej bo jechaliśmy inną drogą). Pierwszy raz oglądaliśmy takie widowisko. Te wszystkie akrobacje w powietrzu, dźwięki wydawane przez różne samoloty czy helikoptery są nie do opisania. Nie sądziłam, że takie akrobacje na tak niskiej jak na samolot wysokości, da się w powietrzu w ogóle wykonać. Naprawdę podziwiam tych pilotów. A tak swoją drogą, ciekawe czy owych pilotów pozbawiają w jakiś magiczny sposób instynktu samozachowawczego, bo jeśli nie, to chylę czoła.
Zapewne nie uwierzycie w moją głupotę ale bez bicia sie przyznam. Próbowałam naszą cudowną cyfrówką, która to nawet stabilizatora obrazu nie posiada, sfotografować przelatującego z prędkością 700km/h MiGa. Dobre co? Oczywiście na zdjęciu pozostały mi tylko chmury...Na szczęście z innymi samolotami było lepiej. Nawet posiadam filmik http://wegerka.wrzuta.pl/film/dnVkgLWYe2/


Oczywiście jak to bywa w takich miejscach kupić można mnóstwo różnych pierduł. Co prawda my z mężykiem już jesteśmy za starzy na takie rzeczy, więc to nieobecny na imprezie Czaro stał się właścicielem dmuchanego BOEINGA 747 oraz nakręcanej czarnej myszy.

wtorek, 3 czerwca 2008

Wielbiciel fauny i flory...

Gdy Cezary pierwszy raz był w ZOO kopał mnie jeszcze od środka i z brzucha dobiegały do niego jedynie co niektóre odgłosy zwierząt. Z roku na rok jest jednak coraz lepiej, bo pierworodny starszy i bardziej rozumny. W tym roku również wybraliśmy się podziwiać zwierzątka. Pomimo niezliczonej ilości pikników i festynów w stolicy z okazji dziecięcego święta ten sposób spędzenia całego dnia wydał nam się najbardziej interesujący i odpowiedni do wieku pierworodnego, który na wiele atrakcji jest jeszcze po prostu za mały.
W ZOO Czaro czuł się jak ryba w wodzie. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, iż z powodu upału wiele zwierząt pochowało się w swoich kryjówkach. Największym zainteresowaniem pierworodnego cieszyły się słonie, małpy, pingwiny, pelikany, flamingi, kaczki oraz akwaria z rybkami. Dodatkową atrakcją stały się przelatujące co chwila samoloty, których każdy lot był uważnie śledzony przez oczy i palce Czarusia.
Od czasu święta mamusi, kochany synek, ma zwyczaj zrywania oglądanych przez siebie kwiatków i obdarowywania nimi rodzicieli. Cudowny zwyczaj stał się trochę meczący, gdyż nasza pociecha zatrzymuje się przy wszystkich koniczynkach, stokrotkach i tym podobnych małych wynalazkach, sprawiając tym samym, że przebycie stu metrów drogi trwa całe wieki. Kto wie, może mały botanik za kilka tygodni zamieni sie w małego rajdowca i trzeba bedzie za nim biegać a ja zostanę mistrzynią w biegach na sto metrów?
Nie lada atrakcją dla dzieci są place zabaw na terenie ogrodu zoologicznego. Czaro swoim małym rozumkiem nie był w stanie zrozumieć dlaczego ma się bawić na placu dla najmłodszych milusińskich skoro najciekawsza jego zdaniem była największa zjeżdżalnia dla starszych. A że Czaro jest szczęśliwym posiadaczem super tatusia więc dostąpił zaszczytu wspinania się tam, gdzie najwyżej. Sam malutki pośród tylu starszych dzieciaków, mimo stałej asekuracji tatusia wyglądał jak mały kamikadze.
Jak wiadomo powszechnie, w dniu swojego święta dzieci dostają prezenty, więc Czaro został właścicielem mini zoo, składającego się z kilku małych figurek zwierząt i większego krokodyla. Najbardziej żal mi chyba figurki tygrysa, którego pierworodny bezustannie gryzie i żyrafy której wykrzywia nogi by zechciała łaskawie na nich stać. Największe względy przypadły jednak krokodylowi, z którym Czaro podzielił się wczoraj swoim ciastkiem z truskawkami, wpychając mu ile się go tylko da w otwartą paszczę.









Wczoraj wieczorem wyjechaliśmy do teściów na wieś. Dziś brat mężyka, a przyszły chrzestny Czarusia ma bierzmowanie.
Pierworodny jest przeszczęśliwy, że znowu może podziwiać krówki, świnki oraz jeździć na quadzie. Co prawda był troszkę niepocieszony, że cielaczek nie chciał jeść mu z ręki zrywanej specjalnie dla niego trawy, ale szybko mu przeszło.
Dziecięce święto również dla mnie było owocne, bo stałam się szczęśliwą posiadaczką sprawnego laptopa:-)

wtorek, 27 maja 2008

Twórczo i malowniczo...

Co dzień rano, uszy moje odbierają okrzyk wojenny w wykonaniu pierworodnego, oznaczający, że nadeszla pora by wstać i dać mu jeść. W Dzień Matki, żeby było oryginalniej, Cezary postanowił poza wydawaniem z siebie pisku, rozebrać się do naga i nasikać do łóżeczka oraz na dywan. I tak też uczynił zanim do zaspanej rodzicielki dotarło, co jest grane. Jak to mówią, pesymiści widzą szklankę z wodą do połowy pustą a optymiści do połowy pelną. Postanowiłam w ten wyjątkowy dzień być w tej grugiej grupie i ucieszyłam się, że przynajmniej kupki nie zrobił, jak kiedyś, gdy wstał z nocnika i narobił na dywan. Żeby nie było, że dziecinka dla mamusi niedobra to od razu wspomnę, że na popołudniowym spacerku Czaruś sam z siebie zerwał stokrotkę i podarował wzruszonej rodzicielce. Nie sądziłam, że taki z niego dżentelmen rośnie.
Byliśmy też razem na lodach w pobliskim centrum handlowym. Jeżeli chodzi o C.H., to każde z nas ma swoje priorytety. Dla mnie jest to najczęściej kwestia kupienia jak najszybciej czegoś niezbędnego i ewakuowania się jak najdalej, zaś pierworodny ma odmienne cele związane z pobytem w owym miejscu. Żeby więc wilk był syty i owca cała, poza zakupami oglądamy: jeżdżących na łyżwach ludzi na lodowisku, podziwiamy fontanny i kaskady, jeździmy ruchomymi schodami w górę i w dół, oglądamy w sklepie zoologicznym króliki i akwaria z rybkami oraz omijamy szerokim łukiem Smyk.




Wczoraj mieliśmy z Czaro okazję obserwować na placu zabaw niecodzienne wydarzenie, jakim była wymiana piasku w piaskownicy. Robią to raz albo dwa razy w roku i jakoś nie mieliśmy okazji widzieć tego wcześniej. Zresztą nie tylko my. Sądząc po wyrazie eufori i zainteresowaniu na twarzy dzieci i opiekunów, a także skupieniu w jakim wszyscy oglądali ów proceder zabrakło tylko coli i popcornu.



Co do placu zabaw, ulubionym zajęciem pierworodnego jest turlanie z wysoka małych kubeczków lub foremek przed zjazdem ze zjeżdżalni oraz bujanie na huśtawce, na której potrafi nawet zasnąć.
Ostatnimi czasy Cezary poświęca sporo czasu na zabawy z piłką, która do tej pory tylko porastała w kącie coraz większą warstwą kurzu. Kopać się nauczył, ale zdecydowanie bardziej woli rzucać. Staje z piłką na swoim krzesełku i szuka potencjalnej ofiary, do której rzuca piłkę i która będzie koniecznie z powrotem odrzucać w małe rączki. Już z doswiadczenia Cezary wie, że piłka rzucona w leżącego psa-starą suczkę nie wraca do niego z powrotem i powoduje jedynie warczenie czworonoga, zaś owa piłka podana do młodego psa płci męskiej znika wraz z psem i ciężko ja potem odzyskać.
Poza zabawami z piłką, pierworodny doskonali trudną sztukę skakania i podskakiwania. O ile to drugie nie jest obarczone dużym ryzykiem urazu, o tyle to pierwsze owszem. W ten o to sposób Czaro stał się właścicielem dwóch sporych guzów na czole. Pierwszy był wynikiem zderzenia ze ścianą, zaś drugi z tatą. Bo niby skąd śpiący na wersalce tatuś miał wiedzieć, że z samego szczytu skacze na niego pierworodny. Cóż nie wiedział, dlatego został posiadaczem podbitego oka.
Niepokojący w tym wszystkim jest fakt, że do pierworodnego nie dotarło jeszcze, że małe dzieci nie latają w pelerynie, jak Sam Sam w bajce na MiniMini. Stąd pewnie to zabieranie z łazienki babcinego szlafroka i skakanie w nim z wersalki jak najdalej. Cud, że jeszcze nóg nie połamał.


Czaro na szczęście potrafi się też długo bawić siedząc na krzesełku i lepić jakieś dziwne wynalazki z masy solnej przy użyciu różnych przedmiotów. Nie zapomina przy tym co jakiś czas sprawdzić, czy ciasto wyrobione przez rodzicielkę jest wystarczająco słone.

W długi weekend, wraz z mężykiem zabraliśmy się za remont pokoju i odnawianie ścian. Pierworodnym w tym czasie zajmowała się babcia. Obawiałam się, czy z powodu zdjęcia drzwi od pokoju Cezary nie będzie chciał nam towarzyszyć. Na szczęście okazało się że rodziciele wysmarowani farbą, wszechobecny bałagan i kurz to nie jest to co tygryski lubią najbardziej i synek zdecydowanie wolał przebywać w sypialni do której oddelegowane zostały jego zabawki. Czyścioch jeden.

Po częstotliwości postów można się domyślać, że komputer osobisty to coś co bym bardzo chciała znów posiadać. Gdy tylko mam możliwość to zaglądam do Was drogie blogowiczki. Buziole!