niedziela, 6 lipca 2008

Trochę tego i owego...

W mijającym tygodniu troszkę podróżowaliśmy tu i tam. Odwiedziliśmy panią doktor, która po zbadaniu Cezarego oznajmiła, że pierworodny już zdrów jak ryba. Pojechaliśmy też do ortopedy na kontrolę, który po obejrzeniu Czarusiowych nóżek powiedział, że po szpotawości nie ma już śladu a nóżki piękne prościutkie:-), no i pochwalił synka jaki kulturalny i grzeczny. Normalnie miód na moje uszy.
Żeby nie było, że moje pierworodne dziecię to jakiś dziwoląg, który to nigdy nie rozrabia i zawsze chodzi jak po sznurku, wspomnę, że i owszem potrafi od czasu do czasu zrobić z niewiadomo czego dramat, ogłuchnąć nagle na moje polecenia, czy w złości porozrzucać swoje zabawki itd. W końcu to mały chłopczyk. Czaro podobnie jak ja potrafi błyskawicznie wybuchnąć i równie błyskawicznie dojśc do stanu równowagi...
W ramach załatwiania spraw zaległych i porośniętych lekką warstwą kurzu, odwiedziłam z Czarusiem dziekanat mojego wydziału na UW, bo w końcu dyplom magistra wypadałoby odebrać, choćby po to by kurzył się w domu. Gdy ja składałam coraz to kolejne podpisy i wypełniałam formularz, co takiego odebrałam, Czaruś z miną niewiniątka karmił herbatnikami stosy dokumentów zalegających na biurku pani M., a że nie wykazywały one chęci bycia nakarmionym wciskał te ciacha pomiędzy poszczególne teczki. Pani M. wykazała się nie lada wyrozumiałością i opanowaniem. Gdy ja składałam podpisy, ona pilnowała, żeby te herbatniki niczego nie zabrudziły:-) Stwierdziła również, że Czarka czeka kariera naukowa po tym jak odbił na sobie pieczątkę wydziału...
Ulubionym zajęciem młodego na spacerkach jest ostatnio zabawa na pobliskiej górce obok placu zabaw.Wchodzi na nią i zbiega, wchodzi i zbiega i tak portafi przez godzinę, póki ja się nie zmęczę pilnowaniem, żeby nóg nie połamał. Najlepsze jednak zabawy na górce są z ukochanym tatusiem, który to po pracy energi do wygłupów posiada niewyczerpalne pokłady.



Czaruś lubi pomagać, co mnie bardzo cieszy. Nie zawsze jednak pomoc w moim i w jego odczuciu to to samo. Podczas robienia weków niepokojąca ilość malin przechodzących przez rączki Czarusia zamiast do słoiczków trafiała wprost do jego słodkiej buźki. W ten niecny sposób zjadł ponad pół koszyczka. Cóż słoiczków wyszło mniej niż mama zakładała, za to Czaruś był w siódmym niebie:-)
Gdy spędzamy czas w domu, pierworodny zaskakuje mnie coraz to ciekawszymi pomysłami na zabawę. Ostatnio razem z ulubionymi muminkami i zwierzątkami pierworodny zwiedza świat. Niepisaną regułą stał się fakt, że mama i tata muminka zawsze podróżują razem...





Weekend spędzamy u teściów na wsi. Czaruś oczywiście mógłby cały dzień spędzać w oborze i karmic swoje ulubione krówki lub jeździć qadem.