Od dłuższego czasu zastanawiam się... O ile w ciągu tygodnia place zabaw na moim osiedlu tętnią życiem, o tyle w weekendy świecą pustkami. Logicznie romumując w sobotę czy niedzielę małych dzieci na placu powinno być więcej niż w dzień powszedni bo przecież żłobki i przedszkola są pozamykane...Nie żeby mi jakoś specjalnie przeszkadzał fakt, że najczęściej Czaro ma cały plac zabaw tylko dla siebie. Przynajmniej huśtawki zawsze wolne i kolejki na zjeżdżalnie brak. Tylko zastanawiam się, co tak naprawdę rodzice robią ze swoimi pociechami. Oczywiście wyjeżdżają na wycieczkę, działkę, do rodziny, na piknik, festyn itp. Przecież i my często gdzieś jeździmy. Ale żeby tak wszyscy i zawsze w każdy weekend? Jakoś w to nie wierzę...Zresztą wystarczy zobaczyć jak w sobotę czy niedzielę wyglądają centra handlowe, pełne dzieci. Ja rozumiem, że rodzice zakupy zrobić muszą, przecież my też nie zawsze mamy możliwość pojechać bez Czaro. Ale jak wiadomo zakupy robi się co najwyżej kilka godzin, więc choć na godzinkę czy dwie można z dzieckiem na dwór wyjść, bo podróż samochodem to nie spacer. Siedzenie przed telewizorem po powrocie z C.H. również nie jest dla dziecka sposobem na rozładowanie nadmiaru energi, której jak wiadomo maluchy mają ogromne pokłady. Zresztą po co ja to piszę, przecież wszyscy o tym wiedzą...
Cezary na dworzu czuje się jak ryba w wodzie. Już dawno pierworodny doszedł do wniosku, że powolne spacery są dla emerytów a w średnim tempie poruszają się rodzice. On zaś musi biec, jakby go rozpędzone stado bizonów goniło, a zatrzymanie się wcześniej niż przed punktem docelowym jest niewykonalne. A punkty docelowe bywają różne, bo przecież wszystkie kwiatki trzeba dotknąć, sprawdzić czy ładnie pachną czy listki od wczoraj urosły, zerwać co nieco do wiaderka gdy mama pozwoli. Obowiązkowo trzeba też nakarmić kaczki (w slangu pierworodnego "kaka"),a w ogóle to przed wyjściem z domu upewnić się, że mama zabrała odpowiedni prowiant i sprawdzić samemu czy na pewno się nadaje.
Ostatnim wielkim odkryciem Cezarego jest mikroświat. Dżdżownice, pająki, żuki, mrówki, tudzież inne robactwo stało się niezwykle fascynującym obiektem do obserwacji. I tak, gdy inne dzieci bawią się w piaskownicy, Czaro na kolanach śledzi losy wędrówki małego żyjątka póki nie straci go z oczu. Na szczęście pierworodny jest pojętnym dzieckiem i szybko przyswoił sobie, że nie wolno owadów wgniatać paluchem w chodnik, wąchać ani sprawdzać czy nadają się do jedzenia.
Zabawa, którą Czaro sobie wymyślił, żeby zjazd ze zjeżdżalni był ciekawszy, jest praktykowana przez coraz większą liczbę dzieci, przez co nieraz dochodzi do nieporozumień, a także tworzą się kolejki do zjazdu. Ale o tym innym razem...
Cezary na dworzu czuje się jak ryba w wodzie. Już dawno pierworodny doszedł do wniosku, że powolne spacery są dla emerytów a w średnim tempie poruszają się rodzice. On zaś musi biec, jakby go rozpędzone stado bizonów goniło, a zatrzymanie się wcześniej niż przed punktem docelowym jest niewykonalne. A punkty docelowe bywają różne, bo przecież wszystkie kwiatki trzeba dotknąć, sprawdzić czy ładnie pachną czy listki od wczoraj urosły, zerwać co nieco do wiaderka gdy mama pozwoli. Obowiązkowo trzeba też nakarmić kaczki (w slangu pierworodnego "kaka"),a w ogóle to przed wyjściem z domu upewnić się, że mama zabrała odpowiedni prowiant i sprawdzić samemu czy na pewno się nadaje.
Ostatnim wielkim odkryciem Cezarego jest mikroświat. Dżdżownice, pająki, żuki, mrówki, tudzież inne robactwo stało się niezwykle fascynującym obiektem do obserwacji. I tak, gdy inne dzieci bawią się w piaskownicy, Czaro na kolanach śledzi losy wędrówki małego żyjątka póki nie straci go z oczu. Na szczęście pierworodny jest pojętnym dzieckiem i szybko przyswoił sobie, że nie wolno owadów wgniatać paluchem w chodnik, wąchać ani sprawdzać czy nadają się do jedzenia.
Zabawa, którą Czaro sobie wymyślił, żeby zjazd ze zjeżdżalni był ciekawszy, jest praktykowana przez coraz większą liczbę dzieci, przez co nieraz dochodzi do nieporozumień, a także tworzą się kolejki do zjazdu. Ale o tym innym razem...
