Są rzeczy, których stanowczo nie powinno się robić całą rodziną. Teraz z własnego doświadczenia mogę napisać, że chorowanie rodzinne to po prostu mała KATASTROFA. Zaczęło się bardzo niewinnie - Czaro był przeziębiony. Pomimo podawania lekarstw i aresztu domowego zamiast być lepiej było coraz gorzej. A potem to już tragicznie. Czaro miał ostre wirusowe zapalenie krtani a ja z mężykiem porządne przeziębienie. Właściwie to nie wiadomo było kto kim ma się opiekować i kto komu nos i tyłek wycierać (Czaro miał do tego wszystkiego biegunkę), ale jak trzej muszkieterowie wspieraliśmy się nawzajem, w końcu "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" . Wspomnę jeszcze, że najbardziej chory pierworodny miał najwięcej energi. Skąd ten mały chochlik ją bierze, z kosmosu?! Na szczęście już wracamy wszyscy do zdrowia, a Czaro może już, choć na razie na krótkich spacerach, dręczyć swoją obecnością kaczki. Nieraz nawet udaje mu się trafić chlebem prosto w głowę, choć mam nadzieję, że to tylko przypadkiem i kaczki nie mają mu tego za złe.
Psy w domu nie mają tyle szczęścia do pierworodnego, co owe kaczki. Dzisiaj rano skomlały za Czaro po całym domu, gdy ten dumnie paradował z kabanosem w ręku i co chwila odgryzał smakowity kąsek ani myśląc się z nimi podzielić. Jeszcze chochlik mały ostentacyjnie masował swój brzuszek mówiąc "mniaaam", a psom wydając komendy "nie!" i "a sio!". Czasami wydaje mi się, że On psów po prostu, tak zwyczajnie, nie lubi...
Czaro odkrył niedawno moc magicznego słowa NIE oraz bezskutecznie próbuje zrobić użytek z umiejętności błyskawicznego położenia się plackiem na podłogę, tudzież ziemię. Dzisiaj na spacerze, gdy byliśmy juz w połowie drogi powrotnej do domu, Cezary się zbuntował i położył na chodniku. Co z tego, że go podniosłam do góry, skoro on podkulił nogi pod siebie i nie dało się diablika na nogach postawić. Z braku innego wyjścia (nie bedę z nim przecież walczyć, nosić też mi się nie chce) położyłam Go z powrotem na chodniku i oświadczyłam, że wobec tego ja idę do domu i sama zjem jego pyszną zupkę ogórkową z kurczaczkiem i ziemniaczkami!!! Powiem Wam szczerze, że nie przypuszczałam, że Czaro tak błyskawicznie odklei się od chodnika i sprintem, z bojowym okrzykiem "Jaaaa" przybiegnie i poda mi rękę. Z dziećmi to nigdy nic nie wiadomo...
Czaro robi się coraz bardziej samodzielny i całkiem niezły z niego pomocnik. Sam potrafi już zdejmować buty, kapcie, skarpetki, spodenki, pampersiocha, śpiochy zapinane na suwak i te na zapinki, bluzę na suwak. Problemem właściwie jest tylko zdjęcie koszulki czy swetra. Ubieranie jak wiadomo to wyższa szkoła jazdy, więc jak na razie to podciąga sobie spodnie na pupę, czasem udaje mu się założyc koślawo skarpetki czy buty ale wszystko w swoim czasie...
Jeśli chodzi o nocnikowanie to ruchem jednostajnie leniwym posuwamy się do przodu. Generalnie to ja muszę pierworodnego na nocniczek posadzić, na którym on nawet chętnie siedzi. Przy takiej współpracy jak wiadomo nie zawsze są efekty w postaci siusiu czy kupki, bo póki co wróżką nie jestem i raczej już nie zostanę. Czaro nie potrafi jeszcze sam zawołać ani wyczuć kiedy mu się chce coś zrobić, ale kuma już o co z nocnikiem chodzi. Gdy siedzi na swoim tronie pokazuje na siusiaczka i mówi że "si, si", a jak już ten siusiaczek to si zrobi to Czaro dumnie wstaje z nocnika i sam sobie brawo bije. Ja oczywiście też mu brawo bije...Trochę stresujący jest w tym wszystkim dla mnie fakt, że Czaro czuje się "odpowiedzialny" za zawartość swojego nocnika i chce koniecznie sam! zanieść tron do kibelka i wylać, tudzież wyrzucić zawartość. Gdy wyrzuca swojego zurzytego pampersiocha zawiniętego w malusią torebkę do kosza to jestem z niego dumna. Zaś gdy trzyma w rękach nocnik z zawartością i idzie przez korytarz do ubikacji, to przyznam się, że krocząc za nim odczuwam lekki niepokój...
Psy w domu nie mają tyle szczęścia do pierworodnego, co owe kaczki. Dzisiaj rano skomlały za Czaro po całym domu, gdy ten dumnie paradował z kabanosem w ręku i co chwila odgryzał smakowity kąsek ani myśląc się z nimi podzielić. Jeszcze chochlik mały ostentacyjnie masował swój brzuszek mówiąc "mniaaam", a psom wydając komendy "nie!" i "a sio!". Czasami wydaje mi się, że On psów po prostu, tak zwyczajnie, nie lubi...
Czaro odkrył niedawno moc magicznego słowa NIE oraz bezskutecznie próbuje zrobić użytek z umiejętności błyskawicznego położenia się plackiem na podłogę, tudzież ziemię. Dzisiaj na spacerze, gdy byliśmy juz w połowie drogi powrotnej do domu, Cezary się zbuntował i położył na chodniku. Co z tego, że go podniosłam do góry, skoro on podkulił nogi pod siebie i nie dało się diablika na nogach postawić. Z braku innego wyjścia (nie bedę z nim przecież walczyć, nosić też mi się nie chce) położyłam Go z powrotem na chodniku i oświadczyłam, że wobec tego ja idę do domu i sama zjem jego pyszną zupkę ogórkową z kurczaczkiem i ziemniaczkami!!! Powiem Wam szczerze, że nie przypuszczałam, że Czaro tak błyskawicznie odklei się od chodnika i sprintem, z bojowym okrzykiem "Jaaaa" przybiegnie i poda mi rękę. Z dziećmi to nigdy nic nie wiadomo...
Czaro robi się coraz bardziej samodzielny i całkiem niezły z niego pomocnik. Sam potrafi już zdejmować buty, kapcie, skarpetki, spodenki, pampersiocha, śpiochy zapinane na suwak i te na zapinki, bluzę na suwak. Problemem właściwie jest tylko zdjęcie koszulki czy swetra. Ubieranie jak wiadomo to wyższa szkoła jazdy, więc jak na razie to podciąga sobie spodnie na pupę, czasem udaje mu się założyc koślawo skarpetki czy buty ale wszystko w swoim czasie...
Jeśli chodzi o nocnikowanie to ruchem jednostajnie leniwym posuwamy się do przodu. Generalnie to ja muszę pierworodnego na nocniczek posadzić, na którym on nawet chętnie siedzi. Przy takiej współpracy jak wiadomo nie zawsze są efekty w postaci siusiu czy kupki, bo póki co wróżką nie jestem i raczej już nie zostanę. Czaro nie potrafi jeszcze sam zawołać ani wyczuć kiedy mu się chce coś zrobić, ale kuma już o co z nocnikiem chodzi. Gdy siedzi na swoim tronie pokazuje na siusiaczka i mówi że "si, si", a jak już ten siusiaczek to si zrobi to Czaro dumnie wstaje z nocnika i sam sobie brawo bije. Ja oczywiście też mu brawo bije...Trochę stresujący jest w tym wszystkim dla mnie fakt, że Czaro czuje się "odpowiedzialny" za zawartość swojego nocnika i chce koniecznie sam! zanieść tron do kibelka i wylać, tudzież wyrzucić zawartość. Gdy wyrzuca swojego zurzytego pampersiocha zawiniętego w malusią torebkę do kosza to jestem z niego dumna. Zaś gdy trzyma w rękach nocnik z zawartością i idzie przez korytarz do ubikacji, to przyznam się, że krocząc za nim odczuwam lekki niepokój...
A propo jazdy samochodem to całkiem nieźle sobie radzę, zważywszy na fakt, jak w ogóle wygląda jazda po stolicy. Teraz już jest ok, nie obawiam się sama jechać na drugi koniec miasta czy w dłuższą trasę. Ale gdy pierwszy raz siadłam za kółkiem półtora miesiąca po zdaniu egzaminu, nie byłam do końca pewna swoich umiejętności. Mężyk cholował mnie wtedy do warsztatu samochodowego. Autko, którym kiedyś jeździł (kupił drugie) teraz jest moje, ale trzeba było je "przywrócić do życia". Nie jest to co prawda jakiś super wóz, tylko 10letni Fiat Uno, ale dla mnie super. W końcu najważniejsze, że ma 4 kółka, mało pali, jest do mojej dyspozycji i w przeciwieństwie do autobusu jeździ kiedy i dokąd tylko Ja chce:-). Mogłabym opisać jak jadąc z warsztatu samochodowego stanęło mi auto na trasie siekierkowskiej, bo niedokręcone były klemy (dobrze, że mężyk się zna i był w pobliżu, a ja zdążyłam zjechać na skrajny prawy pas jezdni, zanim ktoś mi "na tyłek najechał"), jak sama prowadziłam, gdy jechaliśmy do teściów. Ale nie jest to konieczne:-)...