piątek, 21 listopada 2008

Ryby i mrożonki

Najpierw o rybach i wędkowaniu słów kilka. Jakiś czas temu, gdy byliśmy nad dużym jeziorkiem (całkiem od domu niedaleko), Cezary zainteresował się wielkimi patykami, co to nad wodą sie znajdowały i jeszcze miały w niej zanurzone sznurki. Więc ja mu tłumaczę, że panowie tu rybki łowią, że to są wędki i mają na końcu tych żyłek haczyki a na nich robaczki itd. Rezolutni panowie, bardzo uradowani z okazanego przez pierworodnego zainteresowania wędkarstwem, szybko podchwycili wątek robaczków i zanim zaczęłam protestować, że nie trzeba, już pokazywali Cezaremu jakie to ruszające się skarby ukryte w tych swoich pudełeczkach mają. Mój kochany syn na widok owych małych paskudztw uśmiech miał jak banan i pewnie gdyby nie uszy miałby go dookoła głowy. Oczywiście chiał robaczki dotykać, czemu się sprzeciwiłam, a gdy zaczął mlaskać zdecydowanie postanowiłam wyruszyć dalej...
A wracając jeszcze do ryb, to Cezary rybki lubił do czasu...do czasu gdy jego ulubioną bajką, czyli obecnie jedyną jaką ciągle chce oglądać, jest "Tomek i przyjaciele" . Teraz rybki są "be" i brzydko pachą "fu", bo Tomek w bajce przewoził wagony z rybami, których to zapachu bardzo nie lubił i które w dodatku całego go pobrudziły, bo za szybko i za dużo na raz tych wagonów przewoził. Normalnie ręce opadają...
Ulubioną bajką Cezarego z cyklu o pociągach jest ta, w której lokomotywa Emilka zawozi drewno do naprawy dachu stodoły, w której mieszkają...no właśnie krówki...Tak na marginesie dodam, że Czaro krówki widzi wszędzie, dosłownie...na logo banku jest krówka a nie żubr, sanie Św.Mikołaja również ciągą krówki (jeszcze się przy tym szelma wykłóca!), każdy łoś to też krowa a w byle sklepie zawsze! znajdzie się coś z wizerunkiem krowy, co pierworodny zauważy, zawsze!
A tak jeszcze a propo tego Św.Mikołaja i świąt to wspomnę drogim czytelnikom, że wszelakie dekoracje, tudzież świąteczne gadżety od prawie dwóch tygodni już w sklepach są i osobiście mnie ten fakt irytuje. Bo nie ma to jak zepsuć magię świąt marketingiem. Znając uroki stolicy za kolejne dwa tygodnie cudowni Mikołaje i urocze Aniołki będą mi dziecko "straszyć" podczas przysłowiowego wypadu po pieluchy. W takich chwilach zawsze zazdroszczę wszystkim mieszkającym na wsi i w małych miasteczkach...
No dobra, było o już o rybach, to teraz będzie o mrożonkach. Ale od początku. W zeszły poniedziałek pierworodny dostał wysokiej gorączki, prawie 40 st.C, dosłownie przelewał się przez ręce i na nogach ustać nie mógł. W przychodni po południu nikt nie odbierał, bo na drugi dzień święto było, więc po co. Jak tylko mężyk z pracy wrócił pojechaliśmy do szpitala dziecięcego na ostry dyżur (mamy tam bardzo blisko, bo niecałe 4 km.). Ktoś może uznać, że niepotrzebie spanikowałam, ale jak moje dziecko ma taką wysoką gorączkę (w dodatku syropek na zbicie temperatury Cezary raczył zwrócić wraz z podwieczorkiem), to mam to w d.... i nie zamierzam bezczynnie czekać co bedzie dalej...W końcu nie jestem lekarzem...Ku mojemu zdziwieniu oddział ratunkowy, ze względu na dolegliwośći oczekujących z rodzicami małych pacjentów, bardzo przypominał zwykłą przychodnię. Dziecko ze zwichniętą czy zbitą ręką, które wydawało z siebie dzwięki przypominające zapewne te wydawane przez człowieka palonego na stosie rozumiem, ale dziecko z zaczerwienionym gardełkeim?...
Cezary dostał porządnego czopka na goraczkę i po niecałej godzinie oczekiwania został zbadany. Poza gorączką, nie wiadomo od czego, nic mu nie dolegało. A skąd gorączka? Ano nie wiadomo, (trzydniówka wykluczona bo już ją miał w wieku 7 mies.), czopki podawać jak będzie wysoka temperatura i tyle. No to na drugi dzień czopki, na trzeci dzień czopki (temp. już na szczęście ok. 38,5 st.C) no i się wykluło. Normalnie jako z niespodzianką. Czaro miał całe czerwone dziąsła, porobiły mu sie krostki i ranki w buzi i na języku, a jak gorączka spadła całkowicie to nawet na buzi wokół ust wyskoczyły i między mleczakami na dziąsłach zrobiły się krwiaki, które później zaczęły pękać. Oczywiście poszłam z Czaro do przychodni. Lekarka poleciła psikać Tantum Verde i dostaliśmy receptę na specyfik, który gówno pomagał a smarowanie nim dziąseł 5 razy dziennie było dla Czaro prawdziwą torturą. Zdumiewa mnie coraz bardziej skuteczność lekarskich diagnoz i wyboru lekarstw, ale cóż począć, widocznie lepiej nie potrafią...
Pierworodny stał się kłębkiem nerwów, z bólu ciągle wył, miejsca nie mógł sobie znależć, w nocy nie spał i co najgorsze zaczął odmawiać przyjmowania jakiegokolwiek jedzenia czy picia. Owszem, Czaro mały łasuszek chodził w koło lodówki...i wył. Jak się czytelniku domyślasz, widok głodnego dziecka wyjącego na widok jedzenia którego nie jest w stanie zjeść jest nie do zniesienia...Gdy cały dzień nic nie jadł i nie pił (nic!), mężyk wpadł na wspaniały pomysł, żeby spróbować z lodami. Zadziałało:-) I tak przez dwa dni Czaro był na diecie złożonej z mlecznych lodów na patyku i mrożonych danonków. Ja kupiłam specjalną maść (bez recepty), którą podaje się w stanach zapalnych dziąseł (dobrze mieć stomatologa w rodzinie:-) i wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Czaro najpierw znowu zaczął pić mleko i picie, a po dwóch nastepnych dniach jeść zupki i powoli przegryzać co nieco. Teraz jeszcze ma trochę zaczerwienione dziąsełka, zaś krostki na buzi się goją i jest dużo lepiej. Mam nadzieję, że niedługo wrócimy do mycia ząbków bo Czaro ma oddech jak u starego trola. Nie wiem co to za cholerne choróbsko było ale nigdy więcej!...