Do napisania postu zabieram się już dwa dni i coś zebrać się nie mogę:-) Wczoraj wieczorem zaczęłam grać na "kurniku" i wciągnęło mnie do późnych godzin...Ale teraz już jestem:-) Co u Nas? Weekend spędziliśmy na wyjeździe - czyli u teściów. Pomimo gorących kaloryferów było chłodno. Nie wiem czy to przez wielkość tego domu, czy tez przez brak szczelnych okien, docieplenia ścian oraz dachu. Pewnie to drugie. Dobrze, że to był tylko weekend i że już minął:-) Dzisiaj w stolicy odwilż. Czaruś na spacerku jechał w wózku, ja zaś moczyłam spodnie w rozchlapanej brei...Synek chciał samodzielnie zwiedzać chodniki, co ze względu na ich stan pośniegowy było z mojego punktu widzenia nierealne. Może i jestem leniwa, ale po takim spacerze wystarczył mi opłakany stan moich spodni. Pierworodny był niepocieszony, robił ostentacyjnie te wszystkie swoje minki niezadowolenia, dziubki, gwizdki i podkówki. Szkoda, że nie wziełam ze sobą aparatu bo widok był przedni:-) Oczywiście tylko dla mnie bo Czaruś miał minę męczennika. Tak poza tym to chyba sie nadziębiłam, bo coś gardło mnie boli i na kichanie się ciągle zbiera. Pozdrawiam cieplutko i dziękuję za Wasze komentarze!!!