Najpierw cofnijmy się w czasie…Dokładnie tydzień temu, gdy Czaruś ucinał sobie swoją jedyną w ciągu dnia drzemkę, a jego mamusia miała„chwilkę” tylko dla siebie, zadzwonił dzwonek do drzwi. Jak to zwykle bywa w takowych chwilach psy dały znać, że są żywe i bronią(akurat!) domu, mężyk wręcz przeciwnie- udawał ducha, więc nie pozostało mi nic innego jak wprawić kończyny w sprint, zanim pierworodny opuści objęcia Morfeusza. Otwierając drzwi z impetem miałam cichą nadzieję, że osobnik za nimi tego nie przeżył i nie będę musiała odmawiać zakupu ziemniaków ani też tłumaczyć, dlaczego nie wierzę w nadchodzący koniec świata. Jakież było moje zdziwienie, gdy za drzwiami, cała i żywa, stała moja własna siostra, trzymająca w rękach płonącą pochodnię, skonstruowaną z wiśniowej rolady i tandetnych świeczek, składająca mi życzenia urodzinowe, szczerząc się przy tym jak zawodowa hostessa w hipermarkecie. I wiecie co? Po chwili ja też się tak szczerzyłam…Jeśli kiedykolwiek na urodziny dostałam jakiś „tort”, to chyba będąc dzieckiem, bo tego nie pamiętam. Cudowny nastrój zepsuł cudowny mężyk, który połykając kawałek rolady błyskotliwie oznajmił siostrze, że urodziny to ja mam dopiero za tydzień….Ehhhhh
Od dawna czekałam i nareszcie dzisiaj... Najlepsze miejsca.Mężyk cudotwórca:-) Kocham Cię!!!
