poniedziałek, 29 grudnia 2008

Święta minione....

Czas przedświąteczny, jak co roku, wydawał mi się za krótki, aby na spokojnie wiele spraw pozałatwiac, wiele rzeczy zaległych zrobic. Wszystko w biegu i bez przerwy na oddech tak potrzebny, by móc logicznie pomyślec. I tak jak co roku myślę sobie skrycie, że przyszłoroczne przygotowania będą dla odmiany cechowac spokój i harmonia...
Tak jak pisałam w poprzednim poście Wigilię spędzaliśmy z moimi rodzicami u dziadków ze strony mojej mamy. Jeszcze a propo przygotowań do uroczystej kolacji wspomnę, że Cezary, chcąc się przekonac, czy karp w reklamówce, co go mama ze sklepu przyniosła jest naprawdę żywy, wsadził mu palec w oko. I tak mu się owy niecny proceder spodobał, że byłby mu ze śmiechem to oko wydłubał, gdybym go na szafie nie położyła, ocalając mu tym samym życie o prawie godzinę...
W dzień tego dnia Cezary nie spał, więc zanim do wieczerzy zasiedliśmy, był rozdrażniony. Miejsca sobie biedaczysko nie mógł znaleźc i sam nie wiedział co ma ze sobą zrobic. Ze stołu zimnych zakąsek nie pozwolili mu ruszac, no i wszyscy czymś zajęci. Na szczęście tatuś na barana nosił, więc perspektywa obserwowania wszystkiego z góry poprawiała pierworodnemu humorek. Jeśli chodzi o apetyt Czarusia na smakowitości ze stolu to i owszem był. Nawet większy niż jego możliwości, przez co żołądek mu się zbuntował i po jakimś czasie z powrotem na stole zobaczyłam zjedzony przez pierworodnego barszcz z uszkami. Czaro miał na zmianę ubranko, zaś ja przez jakiś czas chodziłam z mokrą nogawką zapranych spodni.
Gdy nadszedł czas rozpakowywania prezentów, pierwszy był oczywiście Cezary. Choc czytac nie umie, to uznał, że największy prezent pod choinką zostawił Mikołaj właśnie dla niego i zanim zdarł pierwszy fragment papieru zaczął wołac, że to "tu tu" (pociąg). No cóż, dziecięca intuicja;-). Gdy zdarł cały papier, aż mu się oczy zaświeciły i radośc zdawała się nie miec końca. Wiedziałam, że się z pociągów i torów ucieszy, ale nie spodziewałam się, że to będzie taka euforia. Od tej chwili Cezary nic innego już nie chciał robic, jak tylko pociągami się bawic i wszyscy zdawali się przestac dla niego istniec.
Prezent miał byc dla pierworodnego jeden (pociągi z torami), na który się wszyscy składaliśmy, no ale bez wytykania palcami wspomnę tylko, że ktoś się wyłamał i Czaruś dostał jeszcze autobus little people fisher price z ludzikami. Pierworodny był tak pochłonięty swoimi pociągami, że nawet nie zauważył przez resztę pobytu u swoich pradziadków, że pod choinką leży samotnie jeszcze jeden prezent. Zobaczył i rozpakowal go dopiero w pierwszy dzień świąt, gdy się w pokoju prawie o niego potknął. Na koniec tej opowieści wigilijnej dodam, że po powocie do domu z ukochanymi pociągami synek poszedł spac.
Resztę świąt oraz weekend spędziliśmy u teściów. Odwiedzaliśmy też rodzinkę mężyka, u której jedynym preferowanym zajęciem według pierworodnego, było wyjadanie domownikom słodkości z choinki. Wszyscy z radością patrzyli jak kolejna czekoladka, za sprawa małych rączek, znika w szelmowskiej buźce, a ja zastanawiałam się tylko, czy on zaraz tego wszystkiego z przejedzenia z powrotem nie zwróci. Na szczęście nie zwrócił, a ja od święta machnęłam ręką na jego dietę...
U teściów w święta urodził się cielaczek, więc wszelkie spacery polegały na doglądaniu krówek, świnek, głaskaniu cielaczka o którym Czaro mówił, że jest "tici" czyli tyci (mały), oraz zrzucaniu snopków słomy ze stosu w stodole i "zanoszeniu" ich z babcią do zwierzątek. Nawet sam ścielic im tę słomę próbował. Już sama nie wiem czy w Czarku więcej z pastuszka czy z kolejarza ;-)