Cały nasz pobyt na wsi minął w miarę spokojnie, a weekend spędzamy już w domu. Czaruś zapewne będzie tęsknił za wujkiem, co trzymając go na barana biegał z nim po całym domu. Za dziadkiem, który to się z Czarusiem bawił i rozpieszczał, dając pierworodnemu po kilka lizaczków dziennie, czasen jednego za drugim. Ja z tego powodu chwilami myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, tak mnie ów niecne rozpieszczanie irytowało. Czaruś ma zdrowe ząbki, bardzo o to dbam, nie chcę, żeby mu się popsuły, zwłaszcza, że on na końcu te lizaki gryzie. Owszem słodycze są dla dzieci, lizaczek od czasu do czasu jest ok, ale po kilka sztuk dziennie to moim zdaniem chore, już nie mówiąc o tym, że zaburza się dziecku apetyt i podnosi poziom cukru...Ehh
Ostatnim razem gdy byliśmy u teściów relacje Czaro z babcią były dobre. Chodził z nią za rączkę do krówek, czasem się przytulił czy "porozmawiał". Tym razem nie wiedzić czemu Czaruś babci się bał i uciekał od niej. Na początku myślałam, że może potrzebuje troszkę czasu by się "oswoić", ale jak sie później okazało z każdym dniem było coraz gorzej. Nie dał się babci dotknąć, wyrywał się, uciekał, zaczynał się krzywić i marudzić, gdy tylko babcia się do niego zbliżyła. Jak już został przez babcię dotknięty, to wołał "ała" i kazał mi się w to miejsce całować, choć przecież teściowa rzadnej krzywdy mu nie robiła i chciała jak najlepiej. Na pewno było teściowej przykro, w końcu to jej jedyny wnuczek. Nie wiem dlaczego Czaro tak się jej obawiał przez cały pobyt na wsi. Na szczęscie, ze smakiem zajadał babcine placuszki czy pierożki i raz nawet w podzięce, za moją namową, przesłał babci buziaczki. Dobre chociaż i to....

Sanki okazały się nieprzydatne. Śnieg owszem był, ale za mało by gdziekolwiek na saneczki pojechać. I pomyśleć, że nawet w Angli mieli śnieg, a u nas...Eh, Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu jak do rodziców mężyka jechaliśmy we dwoje, to wszędzie były zaspy po kolana, a przy odrobinie szczęścia to za pługiem dało się nawet przejechać samochodem.
Czarkowi to chyba jak zwykle było wszystko jedno. Małe dzieci już chyba tak mają, że widzą i biorą świat takim jakim jest, nie marudząc i nie zastanawiając się, że przecież mogłoby być innaczej. Ot, jest jak jest i tego trzymać się trzeba...

Na koniec dodam tylko, że choć Czaro grzeczny chłopczyk jest to od czasu do czasu jakiś chochlik potrafi w niego wstąpić i jak już psoci to trzyma się reguły "raz a dobrze". Ofiarą ostatniej psoty stała się klawiatura od mojego laptopa. Nie wiem czym w oczach pierworodnego sobie załsużyła na taki los, ale została rozmontowana na czynniki pierwsze. Pozostało w niej tylko kilka klawiszy funkcyjnych po bokach, których nie zdążył wyjąć. Oj wiedział Czaro, że psota przez mamę zaliczona została do tych dużych, bo choć rodzicielka nie krzyczała, to bardzo zła była. Pierworodny reprymendę otrzymał, a ja walczyłam ze sobą, by nie wybuchnąć śniechem, gdyż Czaro, zdając sobie sprawę z rozmiarów psoty mial stracha w oczach i tylko biadolił "mama", "mami" i obsypytwał mnie na przeprosiny swoimi słodkimi buziaczkami. Kara za ów niecny czyn również była. Miał siedzieć przy mnie i pomagać mi to wszystko poskładać z powrotem. No więc siedział i bez żadnych protestów pomagał mi przez ponad pół godziny, po czym sen go zmorzył i resztę rodzicielka musiała dokończyć sama...

Ostatnim razem gdy byliśmy u teściów relacje Czaro z babcią były dobre. Chodził z nią za rączkę do krówek, czasem się przytulił czy "porozmawiał". Tym razem nie wiedzić czemu Czaruś babci się bał i uciekał od niej. Na początku myślałam, że może potrzebuje troszkę czasu by się "oswoić", ale jak sie później okazało z każdym dniem było coraz gorzej. Nie dał się babci dotknąć, wyrywał się, uciekał, zaczynał się krzywić i marudzić, gdy tylko babcia się do niego zbliżyła. Jak już został przez babcię dotknięty, to wołał "ała" i kazał mi się w to miejsce całować, choć przecież teściowa rzadnej krzywdy mu nie robiła i chciała jak najlepiej. Na pewno było teściowej przykro, w końcu to jej jedyny wnuczek. Nie wiem dlaczego Czaro tak się jej obawiał przez cały pobyt na wsi. Na szczęscie, ze smakiem zajadał babcine placuszki czy pierożki i raz nawet w podzięce, za moją namową, przesłał babci buziaczki. Dobre chociaż i to....

Sanki okazały się nieprzydatne. Śnieg owszem był, ale za mało by gdziekolwiek na saneczki pojechać. I pomyśleć, że nawet w Angli mieli śnieg, a u nas...Eh, Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu jak do rodziców mężyka jechaliśmy we dwoje, to wszędzie były zaspy po kolana, a przy odrobinie szczęścia to za pługiem dało się nawet przejechać samochodem.
Czarkowi to chyba jak zwykle było wszystko jedno. Małe dzieci już chyba tak mają, że widzą i biorą świat takim jakim jest, nie marudząc i nie zastanawiając się, że przecież mogłoby być innaczej. Ot, jest jak jest i tego trzymać się trzeba...

Na koniec dodam tylko, że choć Czaro grzeczny chłopczyk jest to od czasu do czasu jakiś chochlik potrafi w niego wstąpić i jak już psoci to trzyma się reguły "raz a dobrze". Ofiarą ostatniej psoty stała się klawiatura od mojego laptopa. Nie wiem czym w oczach pierworodnego sobie załsużyła na taki los, ale została rozmontowana na czynniki pierwsze. Pozostało w niej tylko kilka klawiszy funkcyjnych po bokach, których nie zdążył wyjąć. Oj wiedział Czaro, że psota przez mamę zaliczona została do tych dużych, bo choć rodzicielka nie krzyczała, to bardzo zła była. Pierworodny reprymendę otrzymał, a ja walczyłam ze sobą, by nie wybuchnąć śniechem, gdyż Czaro, zdając sobie sprawę z rozmiarów psoty mial stracha w oczach i tylko biadolił "mama", "mami" i obsypytwał mnie na przeprosiny swoimi słodkimi buziaczkami. Kara za ów niecny czyn również była. Miał siedzieć przy mnie i pomagać mi to wszystko poskładać z powrotem. No więc siedział i bez żadnych protestów pomagał mi przez ponad pół godziny, po czym sen go zmorzył i resztę rodzicielka musiała dokończyć sama...
